DOROTA – KOBIETA SUKCESU

Czy to wszystko jest prawdą? Częściowo. Czy jest zabawne? Zdecydowanie. Czy to się sprzedaje? Czasem lepiej niż niejedno szkolenie. A co najważniejsze — to rytuały, scenografia i odrobina bezczelnej autoprezentacji sprawiają, że nawet zwykły dzień staje się spektaklem, który można kontrolować.


Sylwetka Kobiety Sukcesu

Dobre wychowanie nakazuje, żebym się przedstawiła. Nazywam się więc Dorota Modlińska i, jak sugeruje nazwa tej strony, jestem kobietą sukcesu. Wiem, że brzmi to górnolotnie natomiast takie są fakty, a z faktami wiadomo się nie dyskutuje. Może ciut więcej o mojej sylwetce – Mam obecnie 34 lata i mieszkam w Warszawie. Podobnie się tam urodziłam i wychowałam (co może nie jest jakimś tematem do przesadnego chwalenia się ale, tak jest, z faktami się nie dyskutuje). Co do prezencji to tutaj akurat nigdy nie miałam się czego wstydzić. Długie, bursztynowo rude włosy, wymiary całkiem zmysłowe, przeszywające spojrzenie. Generalnie tak jak u kobiety sukcesu być powinno.  
Po prostu nie da się być kobietą sukcesu i jednocześnie nie być atrakcyjną. No ale ja nie o tym a przynajmniej nie teraz. Co do mojej przeszłości, to wychowałam się w domu dwoje nadludzko aktywnych przedsiębiorców, którzy w chwili zapomnienia i efektów ubocznych, zwanych powszechnie wyjazdami integracyjnymi, poczęli sobie córkę. Jeżeli zakładacie, że chodziło o mnie to znaczy, że jesteście na tyle bystrzy, żeby poznać dalszą część historii. Ponieważ moi rodzice nie mieli zielonego pojęcia jak postępować z dziećmi (mimo że też byli ludźmi sukcesu), postanowili wychować mnie po swojemu. Czytaj przez to, że podręcznik do marketingu służył mi za kolorowankę, tabele zeszytu ćwiczeń z ekonometrii były moją towarzyszką między drzemką a spacerem w wózku a do snu mama czytała mi „Podstawy Zarządzania Organizacją” – autora nie pamiętam. Jednym słowem, od zawsze wiedziałam, że czeka na mnie wielki świat biznesu, finansów, sławy, prestiżu a w konsekwencji poczucia władzy i majątku. Nie udawajcie zdziwionych.

Dzień Kobiety Sukcesu

Pewnie zastanawiacie się, prości ludzie, w jaki sposób wygląda dzień kobiety sukcesu? No to uwaga, otwieram wrota prywatności. Mój (jeszcze do niedawna) standardowy dzień. Wstaję godzina 5.30. Czytałam, że top 10 najbogatszych na świecie wstaje nie później niż o 6. Ograłam więc to w taki sposób, że jak będę wstawała półgodziny przed tym, to dorobie się majątku top 10 proporcjonalnie szybciej. W teorii to było proste, ale zawsze jak budzik dzwoni (naturalnie zawsze z najnowszej edycji Jabłka bo tak trzeba), poddaje wątpliwość wszystko w co wierzę i do czego zmierzam. Leże więc chwile w udręce i jednak zmuszam się do wstania. Szybkie siku (tutaj niestety kobiety mają trudniej bo muszą usiąść do czynności, a jak już się usiądzie to ponownie dochodzi od przewartościowania). Po siku strój treningowy (koniecznie z markowego sklepu buty, dres itp.) Następnie idę pobiegać dokładnie 3.5 km bo tyle wymagam od siebie. Znaczy tyle mam wyznaczonej trasy między mieszkaniem (o którym szerzej później), a obwodem parku, w którym o tej godzinie jeszcze psy za mną nie gonią. Jeżeli ktoś kiedyś był na Polach Mokotowskich to wie jaka to poezja się tam przebiec i poczuć ten „Flintstone Vibe” uciekając przed dzikimi zwierzętami. A moimi uwielbionymi są te małe pokroju „cziłały” (nie wiem, jak się to pisze) które widać wiedząc, że nigdy nie osiągną takiego sukcesu jak ja na miarę psich egzystencji muszą złapać za udo, łydkę czy inną część ciała. Naturalnie ich opiekunki nie widzą w tym nic złego – względnie widzą ale zazdroszcząc mi sukcesu nie reagują. Ale dość o psach. Ten blog jest zbyt cenny, żeby koncentrować się na błahostkach. Wracam więc z porannego biegania. Nie źle piszę, W Warszawie się nie biega tylko uprawnia jogging. Biegać to psy po ulicy mogą (to też daje jakiś kontekst), a porządni Warszawiacy uprawniają jogging. Wracam więc do domu, szybki relaks, kąpiel (rano prysznic bo szybciej), ręcznikowanie ogólne, suszenie włosów, prostowanie włosów, odżywka na włosy, mizianie cholera wie czym włosów (tak kazali w reklamie). Jak uporasz się z włosami to przechodzi rytuał maskowania. Czyli nakładanie liquidów, podkładów, korektorów, tuszy, mascary, błyszczyka do ust i masy, masy innych rzeczy. Potem spojrzenie w lustro i autoafirmacja- „Jesteś laska najlepsza” I tego się trzymasz. Patrzysz na siebie – kobietę sukcesu która wie do czego zmierza. Kobieta która gdzieś tam pod tą warstwą wszystkiego siedzi i wie, że przy takiej ilości chemii na twarzy, że nawet Predator by jej nie zauważył bo ciepła to nie przepuszcza, jest prawdziwa wojująca kobieta sukcesu.

Największa pasja

Bazują na wypowiedzi z poprzedniego wpisu, teraz wiem skąd się wzięło określenie „zimna bizneswoman”. Ale to teraz zostawię. Wychodząc z łazienki owinięta ręcznikiem przeprowadzam zmasowany i zorganizowany atak na garderobę. Naturalnie na to mam osobny pokój w moim mieszkaniu (o którym jak mówiłam później) bo nie będę się gnieździła z szafą w salonie. Mam specjalne pomieszczenie gdzie mam kilka szaf, szafek i szafeczek w której mam obowiązkowe 400 edycji tych samych ciuchów. Czyli wszelkiego rodzaju marynarki, spodnie, spódnice (ołówkowe bo bardziej sexy), 500 par butów (wszystkie szpilki biurowe), białe bluzki (na spotkania firmowe), czarne bluzki (na spotkania firmowe w których się muszą mnie bać), skórzane, obcisłe spodnie w komplecie z wysokimi butami ze szpicem i obcasem (na wypadek spotkania z klientem z ortodoksyjnego IT bo z jakiegoś powodu na to wrażliwi są). Na dole leżą moje ubrania domowe. Naturalnie markowe, odpowiednio dopasowane. Co prawda są to marki z krajów których nazw nie potrafię wymówić, ale fakt do odnotowania. Mam tam spodnie do biegania (tak – te o których już pisałam bo to najlepsze spodnie ever), buty do biegania, szary, starty dres w których chodzę po domu jak nikt nie patrzy, jakieś dziwne koszulki które nie wiem skąd mam i .. ta jedna szeroka zielona (tutaj proszę żeby ją zapamiętać, bo gdzieś tam kiedyś to się przyda). Wybieram który zestaw biurowy dzisiaj założę, starannie się ubieram. Śniadania naturalnie nie jem bo tak się nie robi. Wychodzę z założenia, że nie po to biegam, żeby tą cholerą figurę utrzymać, żeby śniadanie jeść. I nie – nie ma z tym nic wspólnego, że za dużo czasu spędziłam w łazience i dobierając ciuchy żeby ze śniadaniem zdążyć. Poza tym, muszę obowiązkowo kupić u nas w biurowcu kawę z automatu i zwiniętą w folię gotową kanapkę. Niech wszyscy widzą, że A- stać mnie, B- ludzie sukcesu nie mają czasu na szykowanie takich prozaicznych rzeczy. Schodzę do strzeżonego, budynkowego garażu, Jest godzina 8 więc dla większości prostych ludzi dopiero początek dnia, ale dla rekinów już pełny rozruch. Idę do samochodu (nie starszego niż 3 lata, obowiązkowo w leasingu), uruchamiam klimatyzację, radio, gps i generalnie wszystkie funkcje – jak płacę za funkcjonalność to z niej korzystam. Prawo konsumenta. Jadę idealnie tą samą trasą co przez ostatnie 4 lata (tak długo pracuje w obecnej firmie). GPS subtelnie mi podpowiada gdzie skręcić, ale go ignoruję, To jest właśnie supremacja człowieka nad maszyną. Dojeżdżam do biura. Naturalnie piechotą zaszłabym szybciej, bo przejechać przez Aleje Jerozolimskie o tej godzinie to jakiś dramat. Znaczy piechotą w połączeniu z metrem, ale .. no metrem tak? Kobieta sukcesu w metrze? Aspirująca owszem ale sukcesu to już nie. Dojeżdżam do biura, wita mnie uśmiechnięty portier. Mijam go lekko skinając głową i dodając obowiązkowy Zimny uśmiech. Moja wina bo zapomniałam wspomnieć o okularach słonecznych. Zawsze obowiązkowych. W zimie, w nocy, w deszczu. Po prostu trzeba takie mieć. Mam -4 dioptrie w oczach więc korzystam z soczewek. Tych wymienianych raz na miesiąc, bo te dzienne zajmują zbyt wiele czasu w codziennym umieszczaniu, a jak wiadomo, w życiu businesswoman czas to pieniądz. Każda sekunda. Jak bym miała te codzienne (a nie mam) i codziennie miałabym zakładać, to najpewniej (teoretycznie, bo nigdy to się nie wydarzyło) zgubiłabym którąś albo uszkodziła w pośpiechu, i potem byłby problem z parzystością. Poza tym raz włożone się trzymają, a te codzienne to jakoś mam wrażenie, że któraś by mogła wypaść i przez resztę dnia bym musiała się kierować instynktem rekina biznesu bo na wzrok by nie było co liczyć. No ale nie ma co teoretyzować, skoro mi się to nie przydarzyło i nie dotyczy. Mijam więc portiera, podchodzę do bufetu, zamaszystym ruchem ściągam okulary i suchym chłodnym poleceniem rzucam: „Kawę latte dużą z domieszką syropu migdałowego, lekkiej śmietany z mleka kangura i aromatem mięto-wanilii”. Tutaj pro-tip. Jeżeli będziecie w takiej okazji, od razu po złożeniu zamówienia popatrzcie wyraźnie i dosadnie na zegarek, (czyli obecnie modne smartwatche, zegarki są passe) tak, żeby obsługujący wiedział, że marnuje twój czas nie biegnąc do automatu. Jemu płacą etat i nie ważne jak go spędzi. Twój czas to słupki, nieobsłużone leady, korekty lejków sprzedażowych, miliony mail, smsów i rozmów. Podaje więc po chwili kawę latte dużą z domieszką syropu migdałowego, lekkiej śmietany z mleka wombata i aromatem mięto-wanilii. Spoglądasz na niego szybkim wzrokiem i mimo, że mówisz chłodno „dziękuję” to zimnym wzrokiem dajesz mu do zrozumienia, że pomyłka w doborze mleka torbaczy skreśla go w wyścigu do miana wirtuoza sukcesu (notka personalna – sprawdzić czy wombat to torbacz). Tutaj też ważna wskazówka behawioralna. Kobieta sukcesu kiedy już ma kawę w jednym ręku musi zdecydować co robi z drugą. Ręce to zasoby, a zasoby się wykorzystuje. I teraz kolejny pro-tip, jeżeli jesteś poza budynkiem trzymasz w niej e-papierosa albo te vapy urządzenia. Jeżeli wewnątrz to rozmawiasz przez telefon. Stojąc okrakiem w drzwiach musisz mieć zestaw słuchawkowy (obowiązkowo Jabłka zsynchronizowane ze smartwatchem i telefonem). Wtedy możesz palić, rozmawiać przez telefon i pić kawę jednocześnie. Zasada biznesu – rozpoznaj, dostosuj się, zdominuj. 

Fundament firmy

Wjeżdżam windą na 837 piętro jednego z biurowców w części biznesowej Warszawy. Wychodzę na moim piętrze. Naturalnie trzymam telefon przy uchu bo miliony zależnych odemnie osób co chwilę coś potrzebują, proszą, umawiają spotkania. Normalne życie kobiet takich jak ja. Jeżeli ktoś podchodzi fizycznie z jakimś słowem odganiasz go ręką jak muchę. Pierwszeństwo mają Ci telefoniczni (jak w rejestracji przychodni NFZ – podobno, bo ja naturalnie korzystam z prywatnych). Idziesz do swojego gabinetu. W biurach pracują pracownicy biurowi. Tygrysy mają gabinety. Naturalnie telefon stacjonarny już miga na czerwono (w rozumieniu nieodebranych połączeń). Przysięgam na mą urodę, że jak tu pracuje 4 lata w życiu stacjonarnego nie odebrałam. Tylko co jakiś czas klikam anuluj żeby ta lampka nie drażniła. Wiem natomiast, że jak ta lampka miga to znaczy, że chciał się ze mną widzieć Szef. Szef pisany zawsze z dużej litery. Nie prezes, dyrektor, menedżer. To jest Szef. Postać Dariusza Rostowskiego (bo tak się nazywa) to materiał na swojego rodzaju swojego bloga. Który swoja drogą niech sobie sam prowadzi bo okazuje się, że to bardzo czasochłonne. Szef więc to człowiek w okolicach 60 roku życia (później nie wcześniej) który współtworzył tą firmę w latach 90. Skorzystał z transformacji ustrojowej i trzeba z pokorą przyznać, że z kilkuosobowej grupy handlarzy na Stadionie Tysiąclecia teraz zatrudnia ponad 1300 osób i działa na wszystkich rynkach świata. Naturalnie to obecnie kręci się dzięki ludziom takim jak ja ale podstawy stworzył On. Idę więc do niego i witam się serdecznie acz z dystansem. Po chwili kurtuazyjnego przywitania Szef przechodzi do meritum. Siadamy na takich dwóch fikuśnych kanapach co ma w…. no gdzie ? W GABINECIE (zapamiętajcie to bo ja nie będę o wszystkim za Was pamiętała). Z prostymi pracownikami rozmawia przez biurko. On na wywyższeniu, pracownik na krześle naprzeciw. Z fundamentami zasobów ludzkich (ang. HR) rozmawia siedząc na kanapach przy małym stoliczku. Obowiązkowo sekretarka (zwana asystentką) przynosi po espresso. Jeżeli ktoś liczy ilość kofeiny w żyłach to wie, że ciśnienie już czaszkę rozsadza. Ale to nie ja. Espresso is must to have. Szef wspomina więc o dwóch projektach. Tutaj kolejny pro-tip. W wielkich, zorganizowanych, nastawionych na zysk firmach nie mówi się, tematach, problemach, prośbach. Tutaj są projekty. Zawsze. Co do zasady, projekt jest ograniczony w czasie, ma swoje zasoby, cele i kompetencje wykonawców. Nie przeszkadza jednak, że jak się użyje tego określenia do czegokolwiek od razu jest to temat ważny, godny ludzi sukcesu. Więc Szef przedstawia dwa projekty. Pierwszy, szkolenie mentoringowe dla nowych nabytków w dziale sprzedaży u klienta z branży auto-motive. Drugi bardziej kluczowy. Zatrzymajmy się jednak na tym szkoleniu. Pro-Tip (niech ktoś zbiera je wszystkie to możemy podsumować jako aneks do wypowiedzi). Jeżeli widzicie ogłoszenie „Szkolenie mentoringowe”, „Szkolenie sprawnego menedżera”, „Coaching” (jako całość) to ciśnijcie proszę kamieniem, lub co bardziej powściągliwi, po prostu z pobłażliwością zignorujcie. Tu mówię z perspektywy osoby co 13 lat pracuje w zawodzie i przeprowadziłam tych szkoleń ponad 600 (poważnie mówię). Wychodzi śliczna, sexowna, zmysłowa trenerka. Bardziej zaawansowane mają takie słuchawki nauszne, żeby mową ciała lepiej przekazać treść. Opowiadają o zasadzie 4C, 12W, 18PiRadiana, Złotej Zasadzie Zysku Bizona itp. A potem, zbierają „fidbak” w postaci ankiet satysfakcji ze szkolenia, podpisują protokoły, certyfikaty i jadą w poczuciu dobrze spełnionej roli do swojej macierzystej firmy, żeby pod koniec miesiąca dostać przelew na który reagują głębokim wdechem niezadowolenia, że kadry (HR) znowu delegacji nie policzyły. I te wszystkie zasady, o których uczyła nie bardzo się realizuje do jej codzienności. Dobra to był komentarz taki który można potrawkowa jako darmowe szkolenie branżowe. Idziemy dalej do bloga.

Twój Agile Project Manager

Następnym Projektem o którym mówi Szef jest przeprowadzenie negocjacji na temat fuzji klienta. No i to już było ciekawe. Ciekawe dlatego, że teraz otwieram inną kartę mojej osoby. Nie wspomniałam czym zajmuje się na co dzień, bo wisienki nie stawia się pod tortem. W codziennym życiu zawodowym (bo innego nie mam) jestem Dyrektorem Departamentu Kontraktów. (niech osoby z dysfunkcją niepozwalającą wypowiedzieć „R”  nawet CV nie piszą). Naturalnie zarządzam sporym personelem sprzedażowym, natomiast w przypadkach bardzo trudnych, gdzie zwykły, prosty handlowiec sobie nie poradzi, wysyła się Panią Dyrektor Dorotę. Wyszkoloną, przygotowaną negocjatorkę. W czasie pracy dla tej firmy, takich trudnych negocjacji przeprowadziłam ponad 130 i uwaga, z succes rate at 100%. Przyznajcie, że nie spodziewaliście się czegoś innego. W tej branży, 99,999% to porażka. A podpowiem, że blog nie nazywa się „Kobieta Porażki”. Pytam wiec o szczegóły. Szef opowiada ogólnie i mówi, patrząc w oczy: „Dora posłuchaj (mówi do mnie Dora bo ma wnuczkę, która uwielbia tą bajkę i tak mu się spodobało). To jest temat dla naszego platynowego klienta. Żeby dopiąć projekt, wysyłają swojego negocjatora którego wynajęli specjalnie do tego zadania. Pojedziesz do Wiednia, spotkasz się z nim i mam nadzieję, że przyjedziesz z tarczą bo zapewnisz premię wszystkim pracownikom. Dosłownie wszystkim (odnoszę do góry ilu ich jest).”. Gdybym była małą osobowością z kompleksami zawodowymi poczułabym ciarki na plecach i stres związany z ekscytacją. Ale jako kobieta sukcesu zimno odpowiedziałam: „Podeślij mi wszystko o projekcie.” Tutaj przewinę fragment jak wychodzę spokojnie, dynamicznym, pełnym charyzmy krokiem z gabinetu Szefa, i przyspieszając co raz prędzej kieruję się do damskiej toalety (bo kto tyle kawy w pęcherzu utrzyma). Ostatecznie trafiam do mojego gabinetu i widzę już stosik pięknie wydrukowanych (w kolorze bo moja asystentka ma kolorową drukarkę na takie okoliczności), oprawionych dokumentów wraz voucherem wyjazdowym i delegacją. Najpierw patrzę na hotel i termin wyjazdu. Przelot biznes-klasą w Okęcia. Naturalnie, firmę stać a powiedzmy szczerze, na mnie się nie oszczędza. Patrzę na hotel. CośTamDorf-Astoria. Szybko googluje. Parzę na Bookingu cenę za noc. Od razu przypominam sobie, dlaczego w Monopoly stanięcie na hotelu we Wiedniu konkurencji automatycznie kończyło grę. Cena jest taka, że niektóre kraje gdzie produkuje się moje ciuchy domowe takiego PKB nie mają. Czytam ogólnie czego dotyczy zagadnienia, projektowane korzyści, perspektywy, harmonogramy. Do wyjazdu mam ponad miesiąc więc na tym będzie można się skupić. Tu nie będzie problemu. Naturalna ciekawość to kogo będę miała za przeciwnika. Wiem, w negocjacjach mówi się, że to partner. Nie dla mnie. W boju rekinów albo zjadasz, albo ciebie zjadają. Człowiek po drugiej stronie to przeciwnik. Więc wyobraziłam go sobie od razu, jako mężczyznę około mojego wieku. Lekki zarost, koszula rozpięta obowiązkowo w okolicę wydepilowanej lekko klatki piersiowej. Na ręku NIE – smartwach tylko wielki, srebrny zegarek (koniecznie szwajcarski). Mokasyny, wąskie spodnie. Plankton do schrupania przez rekina. Znaczy plankton to bardziej wieloryby ale nie mam czasu szukać innych metafor. Czas to pieniądz. Patrzę wiec w dossier PRZECIWNIKA. Krzysztof Krabicki. Jednoosobowa Działalność Gospodarcza z zakresu doradztwa w zarządzaniu. Imię Krzysztof wydaje mi się podejrzane. Z jakiegoś powodu jak myślę o zdrobnieniu – Krzysiek – mam przed oczami takie kosić do gry w planszówki jak się toczą. Jeżeli nie macie pojęcia dlaczego to powiem uczciwie, że ja też nie. Nie chodzi jednak o imię, tylko o postać. To nie jest negocjator jednego z BIG4 consultingowych. Wzięli jakiegoś „mietka” bo tańszy był i pewnie na przeciągnięcie negocjacji będą chcieli iść bo z jakiegoś powodu gra na czas im się będzie opłaciła. To mimo wszystko częsty przypadek. Tylko nie ze mną te numery. Jeżeli nie wie kim jestem – to się dowie.

Czas Kobiety Sukcesu

Mogłabym teraz przejść opisem „dalsze dni minęły w atmosferze przygotowań do projektu” ale to nie blog o projekcie tylko o mnie więc dalej pociągnę wątek mojej osoby. Po lunchu (obowiązkowo 13:30 bo wtedy osoby usytuowane niżej w strukturze organizacyjnej firmy mogą Cię zobaczyć i pomarzyć, że kiedyś zastąpią Twoje miejsce. Pomarzyć). Wychodzisz się przewietrzyć. Zaczerpnąć klimatu korporacyjnej Warszawy, popatrzeć na budynki Google, Oracla, tych banków wszystkich. Jeżeli ktoś pali to może zebrać się w większej grupce i porozmawiać o prostych, codziennych prywatnych sprawach. Naturalnie rekiny robią to inaczej. Stają zawsze lekko w oddali i stoją skupione, często scrolując telefon. Osobiście nie mam nałogów żadnych (poza sukcesem i ciągłym własnym rozwojem) ale też zdarza mi się skorzystać z wydzielonej strefy dla palących. Od czasu jak wymyślili te takie vapy smakowo zapachowe to przyznam, że trochę częściej bo w smaku to przypomina pączka albo coś takiego. A nie tyje się więc same plusy. Tutaj eksperci od zarządzania ryzykiem mogą bardziej się wypowiedzieć, czy nadwaga jest lepsza od raka krtani w leczeniu ale to nie moja branża. Ja wiem swoje. Dobiegam do końca dnia. Jest ponad 17. Ruch na Jerozolimskich jest taki jak w przeciągu całego dnia. Czyli potworny. Zjeżdżam windą na parter. żegnam się z portierem. Idę do samochodu. Jadę do mojego centrum fitness. Zajęcia z Jogi, chwila wytchnienia. Około 19 trafiam na Złote Tarasy. No raczej że czas ha „Shopping”. Idę więc do dyskontu i kupuję to co jest najbardziej prestiżowe i konieczne. Owoce, warzywa, mrożone mięso, chleb (obowiązkowo razowy) i naturalnie wino. Wytrawne, białe, 0,75L; 11,5 %. Pytacie dlaczego? Bo po całym dniu trzeba zrzucić szum w głowie. Prosta metoda Kobiety Sukcesu. Około 20:30 wracam do mieszkania. Toaleta, wanna (wieczorem jest kąpiel w wannie bo mam więcej czasu). Mój ukochany szary dres, biały t-shirt. I tu uwaga – moja domena. Cudowna, pachnąca kuchnia. Jak kupiłam to mieszkanie, to kuchnia była taka sobie. Od razu wiedziałam, ze to nie to. Zamówiłam masowy remont, polegający na totalnej transformacji. Montaż wyspy, marmurowe podłogi (marmur z Mediolanu), światła LED podkreślające nastrój. Wysokie na całą ścianę fronty szafek tworzą wrażenie galerii sztuki. Galerii Sukcesu. Projektant gwarantował, że tak stworzona kompozycja się nie brudzi. Jest zawsze nieskazitelna. Wierzę mu, bo wyglądał na człowieka który kocha marmur i eleganckie wnętrza (prosze zapamiętać – „słuchamy, nie oceniamy”). Wierzę, że to magiczne miejsce, gdzie każda kobieta znajdzie swój azyl. Żeby nie przedłużać, wchodzę w szarym dresie do wspomnianej kuchni i wrzucam do mikrofalówki (jakiś no-name z sieciówki bo tylko taki się w zabudowie mieścił), moje mega smaczne risotto z Żabki (19.90 za sztukę). Idealne 5 min czekania i wspaniały, aromatyczny obiad z nutką Italii. Biorę więc paczuszkę z jedzeniem, butelkę wina i idę do salonu (kominek, TV 65″). Siadam, relaksuję się. Tak się żyję w wielkim mieście. Podobno ten TV ma szanse prezentować treści platform streaminowych (Netflix, HBO MAX itp.) ale nigdy tego nie odkryłam. Nie mam czasu na tak proste rzeczy. Kolacja czeka.  Teraz nietrudno się domyśleć, że taki pęd w tej kolejce życia sprawia, że około 22:00 jestem totalnie wypluta i ledwo stoję. Bezwzględnie nie ma to powiązania z tą butelką wina. Szczerze, to nie pamiętam kiedy kładłam się spać trzeźwa, żeby być uczciwą, natomiast oczywiście to nie jest problem. Żyje w ten sposób nieprzerwanie od 10 lat i jak bym była uzależniona to raczej bym wiedziała prawda?

Dzień w którym nic się nie układa

Budzik atakuje jak zwykle 5.30. Kolejny piękny dzień pełny nowych wyzwań. Co się dzieje to już pisałam więc można sobie zwizualizować. Tutaj zachodzi jednak minimalna różnica. Mam dzisiaj spotkanie (umówione, potwierdzone, zaklepane) o godzinie 9:30 z jakimiś bardzo ważnymi ludźmi z bardzo ważnego ministerstwa. Nie wchodząc w szczegóły – temat ciekawy, bo wiąże się z przeprowadzeniem masy szkoleń z efektywnego zarządzania. Ponieważ w moim subiektywnym odczuciu efektywne zarządzanie nie bardzo mapuje się na naszą sferę budżetową, to takie szkolenie jest bardzo na miejscu. Nie ubieram się jakoś inaczej niż zwykle, bo doskonałości nie ma jak poprawić. Zdaje sobie sprawę, że nie mam chusteczek nawilżających w domu, a że wypada z takowych korzystać często, popełniam rasowy błąd. Tak – mi też się takie zdarzają. I to jest właśnie esencja postępu- diagnozować błędy, uczyć się na nich. Idę do sklepu osiedlowego. Niby nic – każdemu się zdarza. Tylko, idąc lekko przyspieszonym krokiem nie dostrzegam pułapki. Pączek. To na co trafiłam to był Pączek. W świecie prawie idealnym, powiedziałabym, że wdepnęłam w resztki pączka który ktoś wyrzucił. W prawdziwym świecie, Pączek to labrador sąsiadów (nazywa się tak bo jest tak słodko brązowiutki i jak był mały i się zwinął to faktycznie na pączka wyglądał). Więc ten rzeczony piesek postanowił skorzystać z możliwości odciążenia jelita. Stoję więc z jedną nogą w psich odchodach. Nie mogę sobie wyobrazić, jak tyle łajna mieści się w jednym psie. Oczywiście buty lecą do wyrzucenia od razu. Nad amputacją nogi się zastanowię. Szybki zwrot. Buty lecą do śmietnika. Idę boso (lecz w ostrogach) szybkim krokiem w stronę wejścia do budynku. Target – dojść do mieszkania, umyć wszystko co skażone (zrezygnowałam z amputacji), zmienić buty i jechać bo czas powoli zaczyna wołać. I jak to się mawia – są dni w których po prostu lepiej się położyć i nie reagować. Na korytarzu spotykam znowu winowajcę. Idzie sobie szczęśliwy (jego właścicielka, która mówi o sobie „mamcia Pączka” czym doprowadza mnie do absolutnej furii, daje mu stanowczo za dużo luzu) i gdy mnie zobaczył postanowił się przywitać. Jestem co do zasady raczej chłodna w obyciu ale ten psiuniek z jakiegoś powodu mnie uwielbia. Znaczy ciężko go za to winić, że czuje mięte ale to jak to wyraża jest już mniej akceptowalne. Bydle ważące pół tony bierze rozbieg godny olimpijskich bobsleistów, sprint i skok. Ląduje mi w ramionach. Lecę jak lalka przez pół korytarza robiąc za sanki dla tego goryla. Pączek ślini się niesamowicie i do tego zaczyna czule lizać moją, lekko już i tak sfatygowaną sytuacją twarz. Próba zrzucenia została zinterpretowana przez niego jako zaproszenie do zapasów (styl dowolny) więc tym bardziej się nie dał. Pojawia się jego pani pełna radości, że zwierzątko takie czułe. Mój niewybredny żołnierski komentarz uznała za żart. Zabiera psa, wstaję. Przeprowadzam oględziny strat wizerunkowych i zdrowotnych. Czyli klasycznie patrzę czy telefon cały. Na szczęście mój najnowszy Ajfon w nienaruszonym stanie, więc jak to się mówi pół biedy. Tutaj Pączek uznaje, że mam dla niego zabawkę / przysmak za dobrą zabawę i skaczę mi na ręce. Ajfon ląduje na ścianie wydając ten taki dźwięk jaki wydają telefony jak się im coś złego dzieje. „Piesku czy ja ci zrobiłam coś złego” zadaje sobie pytanie starając się uzmysłowić, dlaczego ta zawzięta cholera jest taka zawzięta. Właścicielka wyjątkowo poczuła się do odpowiedzialności i wprawdzie psa nie upomniała, ale zdeklarowała, że urządzenie odkupi. Podziękowałam (później się zastanawiałam w sumie za co) ale uznaję, że telefon jest na tyle intymnym urządzeniem (powiedzmy sobie szczerze towarzyszy nam w najbardziej osobistych sytuacjach), że nie pozwolę, żeby ktoś o moim telefonie decydował. Lecę szybko się przebrać. Płucze te części ciała które nie wymagają potem korekty makijażowej, kompletuje ciuchy i wybiegam na korytarz. Windą w dół. Czas oddycha mi na plecy tak mocno, że czuje się wręcz stalkowana. Pierwsza myśl – zadzwonię do Szefa niech gra na czas. Tylko gdzie mój telefon? (tutaj jest opis moich myśli które nie nadają się do publikacji). Teraz uwaga pro-tip – praktyczne zastosowanie zarządzania ryzykiem. Zastanawiam się co zrobić ? Jechać szybko samochodem moim (max 3 lata w leasingu). Duże szanse. Ryzyka takie że mam tyle punktów karnych już że to może mi zepsuć dzień. Opcja B – skorzystać z Ubera. Słaba strona tego pomysłu to to że nie mam telefonu a nawet jak bym miała to i tak nie mówię po Hindusku żeby wytłumaczyć, czemu ma jechać szybko. Opcja C – Metro i.. no nie no metro. Tak źle nie jest. Trzymam się planu A. Czyli swój samochód. Jadę więc brawurowo acz z pełnym poszanowaniem przepisów (taki wątek wychowawczy). Dojeżdżam dosłownie na ostania sekundę bo jak się okazuję, z ludźmi z ministerstwa razem windą jedziemy. Wchodzimy do Sali konferencyjnej. Szef z tym swoim uśmiechem i brawurą wita i gości. Muszę się ogarnąć bo się spociłam jak zapaśnik sumo więc zakładam, że moja aura też jest taka. Gdzie moje chusteczki higieniczne ?

Popołudnie. Godzina powiedzmy lunchu. Taka jakby 14. Szef się cieszy, że dopięliśmy kontrakt z ministerstwem a ja ubolewam nad wszystkimi ludźmi, którzy słyszeli komunikat „Abonent jest niedostępny”. Jadę szybko do salonu firmowego. Załatwiam nowy telefon. Super, że z konta chmurowego się pobiera „prawie” wszystko. Nie-super, że nie zapamiętuje haseł do banku itp. Skąd ja biedna hasła mam pamiętać ? czy jako aktywna businesswoman, której ścieżka życia wiedzie przez laury ekonomii, muszę pamiętać takie bzdury? Mniejsza z tym. Ważne, że sytuacja uratowana. Uruchamiam telefon, jakoś go tam konfiguruje. Widzę 39 nieodebranych połączeń. Uznaje, że jak kochają to oddzwonią. Trzymając się kynologicznych metafor – to pies idzie do budy nie odwrotnie. Wracam do firmy. Siadam w swoim gabinecie i modlę się o chwilę spokoju. Wchodzi Alicja, moja urocza asystentka. Lat 24 czym doprowadza mnie do furii. Nie żeby coś – po prostu jest młodsza. Studiuje „Relacje… czegoś.. z czymś” Tak to mniej więcej zapamiętała. Ma narzeczonego który chce być .. kimś ważnym (tutaj niestety też nie słuchałam), ale generalnie fajna dziewczyna. Przychodzi i mowi, ze jest problem z Robertem. Wzdycham głośno (niech wie, że to faktycznie z perspektywy menedżera trudna sprawa). Robert. Od zawsze cierń w stopie. Pytam więc co tym razem. Alicja patrzy z dziwnym wyrazem twarzy. „Nie masz pojęcia kto to jest Robert prawda?” Rzuca ociężale. Wyobrażacie sobie taką bezczelność u asystentki? Jeszcze to dobrze matce z macicy nie wyszło, a już takie krnąbrne. Skandaliczne zachowanie względem przełożonej. Do czego ten świat zmierza? Ale fakt, że nie mam. Pytam więc oględnie, o którego Roberta chodzi. Odpowiedź jest trochę niezręczna bo brzmi, że tylko jednego mamy. No to jak rasowy menedżer „strzelam z biodra” tekstem w stylu „Alicja ja nie mam czasu na zgadywanki. Co się dzieje?”. Alicja opowiada więc, że na komputerze Roberta dział IT znalazł jakieś gry które podobno uruchamia w czasie pracy. Gry? Serio. Dorosły facet w gry gra? Jeszcze w pracy?. Żeby temat zamknąć od ręki poprosiłam ją żeby go zawołała do mnie (Sama nie zadzwonię bo nie używam stacjonarnego).Po X minutach przychodzi zło tego świata, demon, łotr – ROBERT. Proszę, żeby usiadł i pytam się o co w tym wszystkim chodzi. Swoją drogą, gość wygląda jak wyciągnięty ze śmietnika. Cera szaro-bura, oczy podkrążone, taki fuj. Unosi głowę i tak już bez ogródek pyta, czy ja wiem czym on się zajmuje na co dzień? Myślę przez chwilę, żeby mu dobić tekstem, że jak Rekin płynie przez ławicę płotek to się nie zastanawia która jak się nazywa i co robi ale myślę, że lepiej jak on się wypowie. Tej retoryki się trzymam. Mówię, że chce to od niego usłyszeć. Robert mówi, że jest analitykiem.. coś .. komputery. Jednym słowem, jak ktoś mu przynosi Raporty to on to potem do BI wrzuca (BI – Business Inteligence – takie coś do tworzenia wiedzy z informacji). Tylko bywa, że po prostu czeka na wkład więc po prostu rasowo nie ma co robić w tym momencie więc żeby nie zasnąć sobie gra. Mówi, cytuje: „Dorota miej litość, urodziło mi się dziecko i w domu jak wracam to zajmuje się rodziną i nie ma czasu na granie. A tak ściągnąłem sobie legalnie z jakiejś platformy Heroes of Might and Magic 5 i jak mam chwile to odgrywam kilka tur.” Patrzę na niego z niedowierzaniem. Robert. Analityk BI z takim potencjałem a jednocześnie marnym instynktem. W sumie to pamiętam, jak go zatrudniałam. Takie nadzieje w nim pokładałam a teraz to. Wszyscy przecież wiedzą, że Herosy skończyły się na 3 (z dodatkami) a ten w 5 część gra. To było za dużo. Nie dość, że wykorzystuje sprzęt firmowy do gier to jeszcze to. Chłodnym, bezwzględnym tonem oznajmiłam mu, że ma wracać do siebie i do końca dnia przekaże decyzje. Wychodzi ze zwieszoną głową. To jest moi drodzy „ciężar korony”. Żeby już nic nie zepsuć w tym dniu postanawiam poczytać o najważniejszym temacie – tej „platynie” z Wiednia. Temat wydaje się niepokojąco łatwy. Negocjator bez zaplecza, nie wykazali specjalnie skomplikowanych wymagań. Przesyłam do działu prawnego żeby się wypowiedzieli i po kilku godzinach czytania i szykowania mogę wreszcie stąd wyjść i zając się czymś, co pozwoli mi odreagować. Piszę jeszcze maila do Roberta. Treść:

„Robert,

Rozumiem Twoja sytuację ale z mojej perspektywy dobro firmy jest nadrzędne. Przekaż mi proszę swój temat BI dla naszej Platyny. Ja go dokończę i umówmy się, że następny tydzień będziesz na home-office. Wyśpij się, graj w .. gry, spędzaj czas z rodziną i odpocznij tak, żebyś wrócił w pełni sił i gotowy do wparcia mnie w temacie. To jest ważne.

Z poważaniem Dorota

„wysłane z Ajfona”

Niech ma za swoje. Niech wie, że dla mnie rodzinne problemy pracowników to nic. Dla mnie najważniejszy jest sukces biznesu.

Nie da Ci ojciec, nie da Ci matka tego co może dać Ci sąsiadka…

Na horyzoncie pojawił się wreszcie długo oczekiwany weekend. Nie to, że lubię być bezproduktywna czy ktoś mógłby pomyśleć, że jakieś plany mogę mieć. Zgodnie z moim rytuałem w soboty zawsze chodzę do kina. No chyba że nie ma nic ciekawego to nie chodzę. Naturalnie w tym okresie wszystko musi mieć jakieś swoje udziwnienie więc tak było i tym razem. W sobotni poranek spotkałam moją ulubioną sąsiadkę. Nie – nie tą od Pączka. Moja ulubiona sąsiadka ma na imię Vanessa (poważnie mówię). Jedna z tych blisko 40 letnich kobiet z kompleksami która wszystko robi na pokaz. Jak kupiłam mój telewizor (65’) już następnego dnia razem z mężem targała taki na 80. Jak powiedziałam ze robię remont przedpokoju to po kilku dniach ekipa remontowa kuła Vanessie ściany (jakkolwiek to brzmi) – na prawdę nie wiem skąd się biorą tacy próżni ludzie. Mój brak chemii z Vanessą wziął się od momentu kilka miesięcy temu, jak razem z innymi sąsiadkami (nazywam je pieszczotliwie „klubem botoksu”) spytała, czy idę z nimi we wskazany piątek na męski striptiz. Żeby zabrzmieć grzecznie a jednocześnie nie pozostawiając cienia wątpliwości odpowiedziałam, że „będę już dawno leżała w zimnym grobie zanim jakikolwiek Modliński pójdzie na coś takiego”. Teraz jak to napisałam to faktycznie nie wygląda to może za bardzo grzecznie, natomiast od tego momentu przestała ze mną utrzymywać stosunki towarzyskie. I tutaj szok. Vanessa zbliża się z tym swoim zrobionym uśmiechem i z radością się wita. Odwituje się grzecznie starając się zejść z pola widzenia. Ale nie. Ze sprawnością godną zawodnika MMA zagradza mi drogę i wprowadza element Warszawskiej Kurtuazji. Polega to na narzekaniu na podatki, partię rządzącą, partię opozycyjną, ruch uliczny, wysokie temperatury, niskie temperatury, obowiązkowe kilkuminutowe obgadywanie wszystkich w bloku. Jeżeli u Was w miastach też jest taki rytuał to napiszcie na maila. Zawsze dobrze się coś dowiedzieć o innych kulturach. Kusiło mnie żeby zapytać, czy jest jakiś powód dla którego rozmawiamy, ale ubiegła mnie. I tu uwaga – rzuca mi tekstem, że od dawna mieli wykupiony wyjazd do Dubaju. Jak sama zaznaczyła „Nic takiego 10 w extra luksusowym hotelu, z masą wycieczek i prywatnym samochodem” Po tej prezentacji godnej wizytówki z Wakacje.pl pyta się mnie czy może mieć małą prośbę. Wierzycie w to? Kobieta z moim statusem ma łazić kwiatki podlewać. Postawiona jednak w szachu rozgryzłam jej grę. Da mi klucze, powie że mam kwiatki podelwać, nazbiera od wszystkich znajomych jakiś złotych ozdób (jak znam jej zacięcie to wypożyczy sarkofag Tutenchamona żeby zaimponować, że niby na aukcji wygrała) i potem będzie czekała, że mnie zazdrość zeżre. No ale jak mówię – byłam w szachu, jak się nie zgodzę, to ta rozmowa potrwa dłużej więc mówię spolegliwie, że ok w czym problem. I tu szok- ona do mnie, że planowali zostawić Emilkę (córka – szerszy opis później) z jej siostrą, ale dzwoniła wczoraj wieczorem, że też planuje się nagle wybrać na wakacje (kto jeździ „nagle” na wakacje?) na Sri Lankę. Dubaj to moim zdaniem przebija więc to musiało zaboleć. Stawiam w tym momencie, w moim uznaniu zasadne pytanie: „Czemu nie zabierzecie Emilki ze sobą?” Vanessa patrzy na mnie ze zdziwieniem. „No wiesz, ja lecę do Dubaju (wysoki akcent) żeby odpocząć. A jak wiesz wakacje z dziećmi to nie wakacje (tutaj tak chwilę się mi przygląda)  „A fakt nie wiesz”. Dodaje. Uwaga do mojej bezdzietności co prawda mnie uszczypła ale z jakiegoś powodu uznałam, że w mordę dam. Powstrzymałam się po chwili, bo to nie byłoby profesjonalne. Vanessa jednak strzyka jadem w dalszym wywodzie: „No przepraszam Cię, wiem, że to niespodziewane, ale nie mam kogo poprosić. Wszyscy moi znajomi mają rodziny i masę obowiązków a ty nie masz nikogo to pewnie masz dużo wolnego czasu”. Na końcu mojego bloga (W sensie jak już dojadę do końca moich przemyśleń) wydam darmowy, uproszczony poradnik negocjacji. Zadedykuję go „mojej ulubionej sąsiadce Vanessie”. Jeżeli uda się jej poskładać na tyle dużo liter żeby dojść do tego co chciałam przekazać to może wyciągnie z tego jakąś lekcję. Niezmiennie, co do Emilki to szybki brief – dziewczynka lat około 7. Malutkie to takie, ciche, nawet serdeczne i zawsze dzień dobry mówi. Gdyby nie to, że to córka Vanessy to może nawet dało by się ją lubić. Co miałam robić. Przyznam, że żal mi się zrobiło dziewczynki, że jest córką Vanessy. To, że nie jedzie na wakacje to oczywiście też, ale ta Vanessa przelała szalę goryczy. Zgodziłam się. Pytam się, kiedy wyjazd i tu znowu – „No w poniedziałek wieczorem”.

Wyobraźcie sobie to teraz. Za 2 dni mam otrzymać 7 letnią dziewczynkę. Wielkimi krokami zbliża się mój wyjazd do Wiednia, mój raportowiec BI gra w herosów, w kinie nic fajnego nie grają i telefon musiałam dać do konfigurowania ludziom z IT w firmie, czym w ich oczach było przyznaniem się do porażki. Sezon na Dorotę w pełni ale nie myślcie, że takie coś potrafi mnie złamać. Takie zagranie to tylko motywuje. Sukces jest w DNA.

W poniedziałek poszłam do Szefa i opowiedziałam mu o sytuacji. Wysłuchał i mówi, że mam tydzień wolnego zrobić sobie bo to będzie absorbujące. Zdziwiłam się. Mamy masę roboty na Wiedeń a on mi coś takiego mówi. Pytam „czemu” a on taki rozanielony, „że to takie fajne”. Od kiedy wnuczkę ma, naprawdę coś w nim pękło i ten błysk biznesu jakoś wyparował. Subtelnie mu to podsunęłam jako myśl. Co ciekawe podłapał wątek i mówi, że właśnie też chciał ze mną o tym porozmawiać. Odpowiadam grzecznie, że więcej dziewczynek nie biorę, jeżeli o to mu chodzi ale mówi mi, że już od kilku dni się z myślą gryzie i że decyzję podjął. Od nowego roku chce sprzedać swoje udziały w firmie i przekazać CEO w nowe ręce. „Mów dalej” wyszeptałam z tym wyrazem twarzy jaki miał Scooby-Doo jak jedzenie poczuł. Szef tutaj wstawił, mam wrażenie, kilkudniowy wstęp na temat tego jak to się budowało itp. Ale że już teraz się wypalił i chce mieć czas dla rodziny. Mówi mi, że ma dwoje kandydatów– Mnie i Mariusza Wysockiego. Uwaga – moja obiektywna opinia o Mariuszu i jego kompetencjach. Powiem na przykładzie-  jeżeli usiądzie i dobrze się skupi to jest w stanie trafić do WC w czasie sikania. Jakiekolwiek inne manewry są z góry skazane na porażkę. Naturalnie patrzę mu głęboko w oczy i potwierdzam, że to świetne kandydatury i mimo (to jako myśl- ten stolec od Pączka się bardziej na CEO nadaje od Mariusza), że kandydat silny to wierzę w siebie. Tutaj Szef nie odpowiada, ale wspomina, że dobrze by było przed akcjonariuszami jakoś uzasadnić mój wybór, a takim uzasadnieniem byłby sukces we Wiedniu.

Wychodzę od niego z głową pełną informacji. Wchodzę do łazienki, patrzę w lustro. Widzę swoje nienaganne odbicie. Patrzę sobie w oczy: „No laska, może się nie piętrzy ostanio, ale jest perspektywa. Sięgaj po swoje”. Wracam do swojego gabinetu. Dzwonię do Izy. Tutaj szybkie info o Izie. Tak więc Iza to moja gosposio/kucharko/ sama nie wiem kto jeszcze. Generalnie taka dziewczyna lat około 20 co przyjechała do Warszawy na studia i dorabia. Ponieważ studiuje Indologię to generalnie dobrze, że przyucza się w zawodzie sprzątaczki, bo raczej w branży rynku nie zwojuje. Jeżeli chodzi o cechy osobowości to ciężko coś powiedzieć, bo Iza nie ma osobowości. Któregoś dnia dałam ogłoszenie na portalu, że szukam kogoś takiego i po prostu zadzwoniła z tekstem: „No hej, tu Iza widziałam Twoje ogłoszenie w necie. Kiedy mogę przyjechać?” Ponieważ nikt inny się nie odezwał to zaprosiłam ją. Przyznam, że zrobiła dobre wrażenie. Taka trochę oderwana od rzeczywistości, pokazywała dużą chęć. Jak chodzi o wygląd to w skali 1-10 gdzie 10 to Grażyna Szapołowska w swoich złotych latach a 1 to Denis Rousos to Izie bliżej powiedzmy do 2. Może 2.5 jeżeli się wykąpie i poczesze co, niestety nie jest standardem. Jednak mnie nie to oceniać. Dla mnie najważniejsze, że jest niesamowicie sumienna i jak np. zadzwonię o 4.30 czy może podjechać, bo potrzebuje paczki podpasek ze stacji benzynowej to tylko odpowie OK i po chwili przyjedzie. Dzwonię więc do Izy i mówię, żeby kupiła coś na kolacje co dziewczynki lubią bo będzie Emilka. Ona się mnie pyta co dziewczynki lubią. Myślę „no matko złota masz 20 lat więc wiekowo jest Ci bliżej do dziewczynki niż do mnie” i tak też uzasadniam moją chłodną odpowiedź. Wieczorem przyjeżdżam do domu. Wchodzę do kuchni i widzę, na wyspie leży kebab z frytkami (2 porcje). Dobra, jestem sama sobie winna. Słyszę dzwonek do drzwi. Otwieram stoi Vanessa z dużym uśmiechem i Emilka przestraszona jak by ducha widziała. Vanessa generalnie wręcza mi ją, całuje w czółko (Emilke, żeby niedomówień nie było) i machając rączką idzie. Dziewczynka stoi z taką dziwną lalką (jakby Barbie ale jednak nie) i patrzy na mnie. Staram się uśmiechnąć i pytam, czy jest głodna. Ona kiwa głową i mówi, że jadła w domu obiad. No i masz. Już miałam plan a tu.. No i stoję trochę bez pomysłu. Szybka reakcja – pytam się czy pojedziemy razem do sklepu, bo muszę zakupy zrobić. Zawsze to jakoś czas zleci a może coś zobaczymy co uwagę przykuje. Może taki autorski wrzut – nie wiem jak się formalnie wstawia takie zabiegi literackie, ale umówmy się, że jak będę chciała od tego momentu pokazać, że coś myślę, a nie mówię na głos, to będzie pisane w nawiasie i kursywą. To mi zaoszczędzi zabiegów takich humanistycznych, a jak wiecie – dokładnie tak- czas to pieniądz. Emilka kiwa tylko główką, że ok więc wychodzimy. Nie wiem, czy trzyma się jeszcze takie dzieci za rękę więc po prostu idę. Ona człapie za mną. I tu jedna rzecz – zawsze wierzyłam, że dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy. Jak zeszłyśmy na parking widzę „panią mamcie” i Pączka. Ten mały zasraniec wreszcie się na coś przyda. Wołam go i on przylatuje z radością godną Labradora. Pytam się Emilki czy jej się podoba. Ona mówi, że bardzo i pierwszy raz jej się buzia śmieje. Od razu oczywiście dodaje, że mama nie pozwala go głaskać, bo psy brzydko pachną i przenoszą choroby. W sumie to prawie jak jej mama ale tego nie chciałam poruszać. Mówię, że ja lubię się z Pączkiem bawić (tutaj nawet on był zdziwiony) i że chętnie się razem pobawimy. Przez jakiś nawet dłuższy czas rzucałyśmy mu patyki.

Mówię patyki, bo zawsze biegł po nie, ale ani razu nie przyniósł. Potem nawet go głaskała długo i nie zaraziła niczym więc nawet sukces. Ponieważ już tak dosyć zrobiło się później uznałyśmy, że podejdziemy tylko do osiedlowego sklepu po coś dobrego na kolację. Pytam się jej co by zjadła a ona na to, że wafelki ryżowe. No dobra odnotuje, że dziewczynki jedzą takie coś ale jakoś powiem Wam, mój zmysł detektywa coś wibruje. Wieczorem, poszła się wykąpać i położyła w pokoju co specjalnie dla niej w weekend przygotowałam. Znaczy tam nie było nic do przygotowania, bo mam 4 pokoje w mieszkaniu więc tak jakby miejsca do woli. O tym nie wspomniałam, ale mama zostawiła jej torbę z ciuchami do spania, chodzenia i biegania. Idealny komplecik. Patrzy na mnie taka przestraszona trochę i pyta, czy mogę zostawić jej światło jak pójdę ćwiczyć plecy. (że hę?)  – Jakie plecy serduszko? spytałam. Ona leży taka skulona pod tą kołdrą i mówi – „Tata kiedyś powiedział, że pewnie chodzisz wieczorami się prosty tyłować” – Prosty tyłować? Zapytałam. – Mhm. (tej rodziny się nie da lubić). – Jak tatuś wróci to podziękuję mu za troskę – odpowiadam. Emilka mówi, że zawsze jej wszyscy mówią, że ma charakter po tacie a wygląd po mamie. (wygląd skarbie to raczej masz po instruktorze fitness Twojej mamy) Uśmiechnęłam się jednak tylko do niej i powiedziałam, że z moimi plecami już lepiej więc zostaje w domu. Chyba się ucieszyła. Powiedziała, że bardzo się boi sama w domu zostawać. Przyznam, że mój plan był taki, że puszczę jej rano stację z bajkami i do firmy pojadę. Raczej przez ten czas nie nawywija nic. Tylko teraz komplikacja. Napisałam do Szefa, że jednak biorę te wolne. Trochę rozpaczy we mnie siedziało ale nie dałam się. Co ratuje wieczorami w takiej sytuacji? Tak jest! Wino (białe wytrawne). Idę więc do lodówki i łapie mnie myśl. Mam na pokładzie niepełnoletnią (do tego nie moją). Jak by się coś podziało złego, to zakładam, że jest jakieś 300 paragrafów które by mnie skazywało ze opiekę „pod wpływem”. Wcześniej o tym nie myślałam. Szok. Panika większa od Emilki. Nie wiem, jak zasnę na trzeźwo ale to po prostu kolejne wyzwanie w życiu Kobiety Sukcesu.

Godzina 3 rano. Noc. Cisza. Super. Leżę na łóżku nie mogąc zasnąć. Jak zwykli ludzie są w stanie zasnąć bez alkoholu, który wycisza szum w głowie? Pewnie potem nawet wyspani są i nie muszą udawać brak bólu głowy. Mniejsza z tym. To co ważniejsze, to to, że za jakieś 4 godziny ta mała stworka wstanie i będzie chciała coś robić. Nieistotne co. Ważne, że będę po maksymalnie 3 godzinach spania a to się wiążę z tym, że będę nieuprzejma, wredna, złośliwa i zadufana w sobie. Jeżeli ktoś pomyślał, że w sumie co za różnica, to życzę, żeby nigdy nie udało się im dobrać odpowiedniej ilości ryżu do gotowania na obiad. Dobra przepraszam, bredzę trochę. Jestem zmęczona jak ktoś bardzo zmęczony a nie mogę zasnąć. Panika. Słyszę kroki w holu. Jest 3 rano, a bazując na większości horrorów które oglądałam (a bardzo lubię), to jest to pora demonów. Więc już wiem, że zaraz jakiś belzebub wejdzie mi do pokoju i postraszy. Otwierają się drzwi. Pojawia się mała dziewczynka w świetle korytarza. Trochę jak w tych japońskich horrorach właśnie, ale tam zawsze jest mała dziewczynką tylko czarnymi włosami. Ta na szczęcie ma jasne, więc rozpoznaję w niej Emilkę. Witam się serdecznie i pytam co się stało. Stoi biedaczka przestraszona i mówi, że nie może zasnąć bo się boi. No i patrzcie. Tyle wygrać. Mówię jej, że nie ma czego i że może przytulankę sobie przytuli. I teraz słuchajcie – odpowiedź – „Nie mam przytulanek”. Chwila na przemyślenie. Pytam, „dlaczego?”. Odpowiedź godna córki Vanessy: „Mama mówi, że jak bym miała misia, to by dało mi złe wyobrażenie, że misie są fajne i przytulaste a nie są”. Pytam więc, czy chodzi o to, że mama nie chce, żeby myślała, że coś jest przyjazne a może się okazać groźne. Potwierdza. Widać, że Vanessa nigdy z prawnikami nie miała nic wspólnego. Nie istotne. Mówię jej, że jak chce to może się ze mną położyć. I powiem Wam normalnie szok. Z taką radością mi do łóżka wskoczyła, że aż to miło było patrzeć. Kasuję budzik 5:30 rano bo powiedzmy sobie szczerzę – ja bym tego nie przeżyła – i przesuwam na 7. To chyba optymalnie. Coś w tym jest, że nie ma co przedstawiać dzieciom niepotrzebnych wzorców. Miś jest realny i może ugryźć. Co innego smok. Smoki są bajkowe, sympatyczne i nie mniej przytulaste więc wchodzę z Ajfona na jeden z wiodących portali e-commerce i szukam największego, słodkiego, milutkiego, pluszowego smoka jaki został wyprodukowany. Znajduje poczwarę w rozmiarach budynku Warsaw Hub (a przynajmniej zbliżonego). Co ciekawe, jest opcja „zamów teraz a dostarczymy tego samego dnia”. Ponieważ jest blisko 3:30 w nocy to mają dużo czasu. BLIK, poszło. „Do zobaczenia niebawem Smoku Archibaldzie.”

Słoneczko świeciło już na niebie jak w bajkach Disneya. Mimo, że to koniec sierpnia, to ranki dalej były słoneczne i ciepłe. Po tym, umówmy się, nic nie wnoszącym wstępie, nadchodzi czas relacji kolejnych wydarzeń. Otwieram oczy, patrzę na godzinę – 9:45. Jak żyję nie wstałam o tej godzinie. Przestraszona zrywam się na łóżku ale widzę, że Emilka śpi w najlepsze. Patrzę na telefon – 22 nieodebrane połączenia, 7 smsów, 9 wiadomości na Whatsapie. Teamsa to wręcz się boje. Dzwonię do Szefa. Opowiadam mu szczerze jak wygląda sytuacja a on, że już zaadresował moje tematy do innych i że mam się na Emilce skupić i tylko w wolnych chwilach do Wiednia się szykować. Coś podejrzanie się wrażliwy na stare lata zrobił. W sumie to może nawet lepiej, że chce odejść. Dla ludzi o miękkich sercach nie ma miejsca w świecie wielkiego biznesu. Tylko tygrysy takie jak ja albo .. no nie, w sumie to tylko Ja jestem w stanie przejąć CEO w firmie. Idę się oporządzić do łazienki. Po wyjściu, widzę stoi w drzwiach salonu ten robaczek mój. Każdy włos w inną stronę, śpioszki w oczach. Witam się grzecznie i pytam jak się spało. Odpowiada, że ok ale głodna jest. No i to jest przynajmniej dobra odpowiedź. No to oczekuje „fidbak” w postaci preferencji gastronomicznych. Patrzy na mnie niepewnie i mówi „Serek biały z kubeczka”. No to już zupełnie mi nie gra. Które dziecko z własnej woli, o tej godzinie, w wolny dzień będzie serek chciało? Znaczy pewnie nawet dużo ale nie mam dzieci to nie wiem. Tak czy inaczej, powiedziała to z taką miną, że mój instyknt zawodowego negocjatora podsunął mi, że interlokutor blefuje. Patrzę jej w oczka i pytam: „Emilko, wczoraj zjadłaś wafelek ryżowy, teraz chcesz serka białego. To chyba trochę mało żeby mieć siłę na zabawę?” (Lata w zawodzie negocjatorki pozwalają mi sprzedać się tak, że przeciwnik ma wrażenie, że w istocie się o niego troszczę. Genialny trik). Emilka patrzy na mnie i mówi; „że trochę jest głodna bardziej, ale mama zawsze się boi, że ktoś w rodzinie przytyje a ma strasznego fioła na punkcie chudości” (Pewnie tak tłumaczy częste wyjścia na spotkania z instruktorem fintess). No to odpowiadam jej, że mama jest teraz na wakacjach i tam na pewno ma dużo smacznego jedzenia i będzie się cieszyć jeżeli ona też będzie się dobrze odżywiać. TAK jej się oczka otworzyły. Pyta czy mówię poważnie. Odpowiadam: „Kropelko moja zapamiętaj sobie, że ciocia nigdy nie kłamie (No chyba, że w pracy, przy sąsiadach, znajomych, na zlotach rodzinnych, u terapeuty, fryzjera, kosmetyczki, lekarza). Emilka skacze z radości (dosłownie). Ponawiam więc pytanie o co zje. Ona tak tupta i pyta: „a z czego mogę wybrać ?”. Pro-tip – Zostawianie dzieciom zbyt dużego pola wyboru może być niebezpieczne i kosztowne. Odpowiadam: „Z czego tylko chcesz”. Kojarzycie te scenę z Władcy Pierścieni, jak Frodo miał ten… Pierścień co tak na niego działał i przez to takie odpływy miał straszne ? To tak zareagowała. Tak moje „z czego tylko chcesz” wpadło jej w oczy, utonęło tam głęboko. Źrenice jej urosły, oddech przyspieszył. Odchrząknęłą i mówi: „To ja poprosze makaron.. z sosem pomidorowym, serem i klopsikami”. (Niektórzy nazywają to Spagetti). No to mówię, że ok, pójdziemy do sklepu i weźmiemy co potrzeba. Byście tą radość widzieli. Pyta się mnie jednak dalej, czy może od razu o drugie śniadanie zapytać? No to mówię, że pewnie skoro i tak już idziemy. A ona zaczyna lewitować nad parkietem (metaforycznie) i wzdycha: „Wielkie czekoladowe ciastko”. Ilość kalorii które przyjmie w tym dniu pozwoliłoby na zasilenie czołgu biorącego udział w „Pustynnej Burzy” ale czemu ciocia ma odmówić. W sklepie kupujemy wszystko co potrzebne do ugotowania „Spaghetti 'la Successo”. W domu zaczynamy pichcić. Taka ciekawostka – pamiętacie jak mówiłam, że kuchnia z tego marmuru się nie brudzi ? Jest to połowicznie prawdą. Owszem, przez kilka lat nie miałam z tym problemu. Druga część prawdy to to, że przez ten czas jadałam na mieście albo podgrzewałam gotowce w mikrofalówce. Teraz wygląda tu jak na miejscu zbrodni gdzie dodatkowo morderca miał wyjątkowo złe poczucie gustu. Tylko z drugiej strony co ja się martwię? Przyjedzie Iza będzie sprzątała. Teraz do mnie dotarło, że przez x miesięcy płacę jej za sprzątanie kuchni która wymagała przetarcia stołu. Podłogę robi auto-odkurzacz. Dobra mniejsza z tym – przyjedzie, niech sprząta. To robota dla Plebsu.

„Madka” na pełny etat

Dobra przyznaje, uwaga o Plebsie nie była miła ale porządny system kastowy to w gruncie rzeczy przyznacie, że się sprawdził. Nieistotne. Ważne, że dostałam sms od kuriera, że przesyłkę wiezie. Smok nadciąga. Kurier okazał się przemiły i nawet pominął co 3 brzydkie słowo pod moim adresem, że musiał smoka, który jak się okazało jest wypełniony taką pianką sensoryczną do przytulania, wnieść na 5 piętro. Jak go postawił i chciałam we własnym zakresie Archibalda przesunąć, to coś mi w kręgosłupie strzeliło mam wrażenie bo robił wrażenie, że do podłogi przyklejony. Zawołałam Emilkę żeby się przywitała. Fajne to było, bo tak patrzyła z konta na niego ale jak zobaczyła, że się śmieje to też się uśmiechnęła. Jak pisałam wcześniej, ona ma taką lalkę dziwną i chyba pierwszy raz w chwili stresu ją odłożyła i podeszła do smoka. Wytłumaczyłam jej, że smok przyjechał z dalekiego kraju i się boi bardzo tutaj sam mieszkać. Uwierzycie, że mój geniusz opiekuńczy zadziałał? Znaczy na pewno uwierzycie. Emilka siedziała z Archibaldem i pokazywała mu wszystko to co była w stanie przynieść (bo raczej żeby z nim na obchód mieszkania iść to bym się nie nastawiała). Postanowiłam wykorzystać ten czas, żeby poczytać opinię prawników na temat umowy z „Wiedniem”. Poszłam do swojego domowego gabinetu (bo też taki mam) i zaczęłam przeglądać opinie. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale w moim przypadku kontakty z prawnikami zawsze są takie same: rzucam im pytanie -> odpowiadają w taki sposób że żaden normalny człowiek nic z tego nie wyniesie -> proszę o wyjaśnienie -> otrzymuję odpowiedź, że wydają opinię a co się z nią zrobi to już nie ich problem. Nie inaczej jest w tym przypadku. Staram się zrozumieć co mieli na myśli i jednocześnie wprowadzam swoją interpretacje. Co jakiś czas słucham, czy Emilka nie upadła, skaleczyła się, uderzyła o ścianę, zakrztusiła chrupkiem, wpadła pod autobus, została napadnięta przez somalijskich bojowników, została uderzona kometą i generalnie czy nie zmaterializowało się masę innych mniej lub bardziej fikcyjnych scenariuszy w których coś by się jej stało. Co chwila zaglądam przez drzwi i patrzę co ta mała wiewiórka robi. No i chyba pokazała wszystko już smokowi i teraz jakąś książeczkę sama ogląda. Niby fajnie ale coś mnie kłuło. Jej rodzicielka leży w świetle dubajskiego słońca i jakiś habib jej winogrona do ust wkłada (oby tylko to) a biedna Emilka książeczkę ogląda. Szybki look na ChatGTP co dziewczynka w tym wieku może robić w mieście takim jak Warszawa pod koniec sierpnia. Ignoruję pierwsze wypowiedzi, ze ma się do szkoły szykować i przechodzę dalej. Chat proponuje wycieczkę do ZOO. Myślę super. Jakiś czas już tam nie byłam. W sumie to ostatni raz z rodzicami zaraz po mojej pierwszej komunii. Być może coś się mogło zmienić od tego czasu. Myślę luz – pytam Emilki kiedy ostatni raz była w ZOO. Odpowiada, że nigdy, więc wygrana w 100%. Pytam się, czy czy by chciała iść. Opowiadam jej o misiach, fokach, słoniach, wilkach i innych stworzeniach co można w ZOO spotkać. Trochę głupio, jak się okaże, że ich tam nie ma więc stopuję ale na wyprawę idziemy. Bierzemy bilety, wchodzimy na teren. Przyznam, że fajnie tak sobie zwierzątka pooglądać. Tak sobie chodzimy, oglądamy te poczwary. Pytam się czy jest głodna albo czy ma chęć na watę cukrową. I tu uwaga – odpowiada, że mam mówiła, że jedzenie takich przekąsek, jeszcze do tego mocno przetworzonych, to zły pomysł. Odpowiadam hardo, że ChatGTP twierdzi inaczej i idziemy na watę cukrową.

Co ciekawe, idziemy tak sobie a ludzi jest tam jest, powiedzmy sobie uczciwie, sporo. Jako rasowa korpo-kobieta mam przy sobie dostęp do firmowej sieci i tam mamy procedury postępowania na różne sytuacje. Postanawiam poszukać właściwej. Sprawdzam po haśle kluczowym – „co zrobić jak anonimowa postać porwie dziewczynkę którą niepełnosprawni mózgowo rodzice porzucili na czas wyprawy do Dubaju a która jednocześnie jest pod Twoją opieką”. I nie uwierzycie ! – nie ma takiej. Poczułam presję profesjonalizmu. Wprowadzam działanie awaryjne. Zabezpieczam aktywo. Zapewniam ciągłość procesu. Jednym słowem, łapię Emilkę za rączkę i mówię jej, że teraz będziemy za rączkę szli bo jest dużo ludzi. Żeby uniknać pytania „po co” odpowiadam, że „Wiewiórki mają łapki to trzeba je za nie trzymać”. Śmieje się i mówi, że to ja mam rude włosy więc to ja jestem wiewiórka. W sumie trzeźwa uwaga. Odpowiadam więc, że ona ma brązowe włosy więc jest sarenką. I tak zostało. Sarenka ma raciczki (chyba) i jak mówię, że ma podać raciczkę to ma złapać moją dłoń. Chyba się jej to podoba. Tak sobie pomyślałam, że posiadanie dzieci to nawet prostsze niż posiadanie psa. Wystarczy nakarmić, wyprowadzić i na koniec coś miłego powiedzieć. Z psem jest gorzej bo on nie powie co go boli. Doszło do mnie, że byłabym idealną matką. Ale nie czas na takie rozważania. Wychodzimy z ZOO i zadaje operacyjne pytanie. „Emilko jesteś głodna ?” To jest po prostu niewyobrażalne, że takie dziecko potrafi przyjąć takie ilości pokarmów. Twierdzi, że tak. Jako odpowiedzialna ciocia nie chce jej zabierać na fast-foody i pytam co sobie ugotujemy. Odpowiedź jest interesująca w swojej prostocie – „A możemy naleśniki?”. Uwielbiam proste sytuacje. Proste sytuacje implikują proste rozwiązania. Nagle słyszę dodatek „…z frytkami?”. Czas się zatrzymuje. Wizualizuję sobie porcję naleśników obsypanych frytkami. Naleśniki i frytki, co do zasady, robi się na oleju więc to się mapuje. Natomiast wszystko ponad to to nie. Po prostu nie. Pytam jej, czy jest pewna ? Odpowiada, że tak i że w takiej kreskówce widziała a mama się nigdy nie chciała zgodzić. I to jest ten moment. Jest w historii świata taki dzień, gdzie słońce nie grzeje, księżyc nie świeci. Noc jest jasna a dzień ciemny. Psy i koty żyją razem a partie polskiego parlamentu się dogadują. W ten sam dzień, ja – Dorota Modlińska – Kobieta Sukcesu zgadzam się z Vanessą – mamą Emilki. Mówię do mojej Sarenki „Nie wiem, czy naleśniki i frytki to dobry pomysł”. Ona odpowiada „ale ciociu to takie chrupkie (spojrzenie w oczka) moooogę?” Szybka analiza – „no w sumie chrupkie”. Odpowiadam – „Dobra kropelko przekonałaś mnie. Idziemy po składniki na mix frytko-naleśnikowy.”

Zapadła noc. Bilans dnia mojej podopiecznej jest nawet taki nienajgorszy. Widziała słonia, żyrafę, takie jaszczurki jakieś śmieszne. Zaprzyjaźniła się ze smokiem Archibaldem. Na minus totalna biegunka i ból brzuszka, który przyznaje, przeszła po męsku. Ja za to poza oglądaniem zwierzaków nabrałam nowego skila –  Mistrz hydraulik  ze specjalizacją przepychanie i konserwacja WC. Można więc powiedzieć, że codzienny element samorozwoju też mam za sobą. Idę na zasłużone leżakowanie. Przyznam, że jestem zmęczona jak pracownik megamarketu przed Świętami – daje mi to jednak perspektywę szybszego zaśnięcia. W drodze na wieczorne spłukiwanie dnia słyszę sms. Mam taką osobistą teorię którą się teraz podzielę – jeżeli ktoś pisze do ciebie SMSa po 19 to to nie może być dobra wiadomość. Spoglądam więc licząc, że to niechciany spam albo próba wyłudzenia jakaś. No ale w życiu nie ma tak prosto. Szlachcianka Vanessa przypomniała sobie o istnieniu potomstwa. Najlepsze jednak w jakiej sytuacji. Uwaga wrzut z SMS: „HejEMIjutroMaPrzedszkolePoczatekZaprowadzJao9”. Dla tych którzy nie znają Vanessowego i którzy przy okazji są normalni emocjonalnie tłumaczę: „Cześć Dorota (tak by wypadało). Zapomniałam Ci powiedzieć, bo jestem ostatnią kretynką, że moje jedyne dziecko jutro zaczyna ostatni rok przedszkola. Najmocniej Cię przepraszam, że stawiam Cię w takiej sytuacji szczególnie o takiej późnej porze. Czy mogłabyś ją jutro zaprowadzić? To pierwszy dzień więc tylko organizacyjny. Jeszcze raz przepraszam Vanessa”.  Naturalnie pewnie nie wykupiła na lotnisku karty i żal jej na SMS było (taryfa poza UE). Tak czy inaczej powinnam zareagować. Zmęczenie podpowiadam mi jednak, żeby tym zmartwieniem zajęła się „Dorota z przyszłości”. Kładę się spać.

Następnego dnia, około godziny 6 słyszę Sarnie Racice na korytarzu. Widzę lekkie czajenie się w drzwiach. Podnoszę się na łóżku z totalnym bezładem mózgu i pytam co się stało. Emilka odpowiada: „Ciocia bo ja sobie przypomniałam, że ja chyba dzisiaj do przedszkola ide”. Odpada więc w tym momencie ten element zaskoczenia, w którym musiałabym ją obudzić i przeżyć stres totalny (obustronny). Pytam się jej, czy chce iść bo jak nie to dla mnie luz, ale robi wrażenie, że chyba chce. Powiedziała, że lubi przedszkole tylko przez te zoo i inne to jej wypadło. Generalnie to się nie dziwie – też wolałabym siedzieć w grupie brzydko pachnących, brudnych, głośnych, spoconych dzieci niż z Vanessą. Zbieram się więc z łóżka i idę szykować ciuszki, śniadanie itp. Ponieważ to pierwszy dzień uznałam, że jakąś ładniejszą fryzurkę jej zrobimy. Korzystają z czasu pleciemy ładny warkoczyk. Trochę się smutniej zrobiło jak spytała, czy mogę zabrać Archibalda żeby go pokazać i pomimo, że zrozumiała, że nie mam na wyposażeniu dźwigu portowego do transportu to chyba trochę rozczarowana była. Niemniej ruszyłyśmy na spotkanie z nowym „rokiem przedszkolnym”. Na miejscu jak się można było spodziewać, gwar na tureckim targu. Rodzice rozmawiają między sobą, dzieci biegają, wychowawczynie starają się pogodzić ten cały chaos. Trochę jak ostatnie targi nowoczesnych technologii w Poznaniu. No ale mniejsza. Pytam się Sarenki, która z Pań to jej wychowawczyni. Wskazuje na kobietę w wieku około 60 lat, wielkie okulary, kok, sweterek. Najbardziej generyczny obraz przedszkolanki jaki można sobie wyobrazić. Podchodzimy więc serdecznie się witając. Znaczy inaczej. Emilka się serdecznie wita, pani wita się serdecznie z Emilką i patrzy na mnie wilkiem. Przeprowadziła szybki skan ala Terminator i pyta mnie kim jestem. No to opowiadam całą historię (pomijając szczegóły wskazujące na demencje u matki biologicznej Emilki). Pani Przedszkolanka patrzy na mnie spod okularów i wydaje przeciągłe mhhhmm. Spogląda w zeszycik i mówi, że niestety nie ma mnie na liście upoważnionych. Przyjmuję informację z analityczna wnikliwością. Powtarzam całą historię od nowa. Pani Przedszkolanka patrzy na mnie spod okularów i wydaje przeciągłe mhhmnnnn (Tutaj ta sytuacja będzie jeszcze trwałą dobre kilka akapitów więc jak macie coś do zrobienia to możecie teraz iść to zrobić a ja przedstawię w wymiarze czasowym moje negocjacje o wydanie dziecka)

<387 historii i mhhhmmm później>

Pojawia się pani Dyrektor bo widzi, że coś chemii nie ma między mną a panią wychowawczynią. Tutaj rozmowa poszła relatywnie sprawniej, bo dała się jednak przekonać, że nie chcę Emilki porwać a wręcz przeciwnie – pozostawić ją w depozycje na pozostałą część dnia roboczego. Z jakiegoś powodu paniom nie spodobało się określenie „depozyt” ale mogę odpowiadać tylko za to co mówię, a nie za to co ludzie rozumieją. Wbrew temu co myślałam wcześniej, w przedszkolu nie ma dni organizacyjnych i po prostu idzie się na cały żywioł. Dodatkowo, mam wrażenie, że przed wyjściem do ZOO ChatGTP coś wspominał, że powinnam się do szkoły szykować. <Notka personalna> Trzeba zweryfikować kilka zagadnień związanych z wyobrażeniem świata. Tak czy inaczej, chce się pożegnać z Sarenką i ustalić o której mam po nią przyjść. Podchodzę i co widzę? Moja „córunia” stoi z noskiem zwieszonym. Pytam się co się stało a ona pokazuje na takiego chłopaka małego. Mówi, że to Kamilek i że jest dla niej niemiły, że od początku jak tyko do przedszkola chodzi to jej dokucza. Spytałam się co się stało tym razem a ona, że się śmieje ze mnie, że mnie mama nie lubi i że dlatego ja ją przyprowadziłam. Z szacunku do Waszej inteligencji nie powiem co sobie pomyślałam, powiem tylko, że moja opinia o sytuacji nie była „AŻ” taka odległa od opinii Kamilka. Jako „fajterka stadna” nie dam jednak Emilce dokuczać i niosą sztandar #GirlPower idę porozmawiać z Kamilkiem. Tutaj jakoś specjalnie trudno albo szokująco nie było – używając moich nadludzkich umiejętności negocjatora przekonałam go, że jest podrzutkiem spłodzonym przez goryle które jego rodzice przygarnęli bo był podobny do nich fizycznie ale za jakiś czas „pan tata goryl” przyjdzie po niego w nocy i wykradnie go przez okno. Tego dnia odkryłam swoje nowe hobby – oglądanie przerażenia w oczach dzieci. Ehh STOP dobra przewińmy ten fragment.  ß————————- Tego dnia odkryłam swoje nowe hobby – współpraca z dziećmi w celu wyjaśniania nieporozumień. Wracam do domu zająć się strategią na „Odsiecz Wiedeńską”

Mimo korków, które zaskoczyły mnie na alejach Jerozolimskich (to taki żart – tam te samochody puszczają chyba ze statystami tylko po to, żeby jeździli bo to aż nieprawdopodobne jest, żeby tyle osób miało potrzebę przemieszczania się przez Warszawę przez 24 h na dobę) postawiam wynagrodzić sobie starcie. Dla Tygrysów negocjacje z przedszkolankami i złośliwymi chłopcami nie są co prawda problemem, ale sukces to sukces. Zatrzymuje się obok dworca Warszawa Zachodnia i idę do MacDonalda na kawę. Swoją drogą – mam się za osobę w miarę inteligentną ale nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat w tym punkcie nawet jak nie ma „pół-klienta”, jest 40 osób personelu, a ty chcesz zamówić tylko kubek kawy to i tak poczekasz 5 min na obsługę. Może to taki rytuał – a jak wiadomo, to rytuały budują spektakl dnia. Wracam do samochodu i jadę dalej. W mieszkaniu cisza. Za dwie godziny ma przyjść Iza to nawet nie myślę o tym, żeby coś sprzątać. Załączam tylko odkurzacz samojezdny, idę pomyć naczynia, przetrzeć kurze na meblach i nastawić pralkę. Dochodzi do mnie, że w gruncie rzeczy nie dopytałam, kiedy po Emilkę mam przyjść. Jako przebiegła analityczka oczywiście od razu znajduję rozwiązanie – sprawdzam na stronie przedszkola jaki mają harmonogram odbioru dzieci. To co już powiedziałam – bycie matką to prosta sprawa. Załączam laptopa, wchodzę na edytor Wikipedii i staram się zredagować nową definicję Piekła „Miejsce pełne hałasu, smrodu, spoconych dzieci, niefajnych kobiet i złośliwych chłopców”. Ciekawe czy moderator zaakceptuje. Jeżeli kiedykolwiek był w żłobku czy przedszkolu to się nawet minutę nie zawaha. Otwieram wszystko co mam o Wiedniu i czytam twórczo. Na tablicy rozpisuje sobie strategie, rozkładam kartki ze scenariuszami. Słyszę, jak przychodzi Iza i coś tam narzeka, ile to roboty ma i że musi stawkę na nowo negocjować. Robi to od kiedy u mnie pracuje więc po prostu ignoruje. Trochę zaczęłam się stresować jak tak po prostu Archibalnda na plecy zarzuciła i zaniosła do pokoju Emilki, bo jak ona taka silna to „bunt chłopstwa” może się okazać brutalny. Leżakuję sobie dalej z wydrukami. Po dłuższej chwili dzwoni mi przypomnienie z Ajfona że mam po Emilke jechać. Szybka myśl „jak to ??? już ??” Kiedy rodzice pełnoetatowi mają czas na robienie czegokolwiek innego niż zajmowanie się dziećmi? Zadaje to pytanie Izie i przyznam, że odpowiedź była w punkt: „Kiedy podrzucą swoje dziecko jakiejś mało asertywnej frajerce i do Dubaju pojadą”. Coś trochę w tej odpowiedzi mnie zastanowiło, ale w sumie to nie wiem co. Zgodziłam się i pojechałam po Sarenkę.

Odbiór był nawet bezproblemowy. Musiałam tylko wypełnić 78 formularzy, że nie jestem porywaczem, złodziejem, terrorystą, dilerem, wampirem, Godzillą, nie zjem Emilki, nie zrobię jej absurdalnych zdjęć które umieszczę na Instagramie i jeszcze kilka innych. Potem wystarczyło lekko skaleczyć się w palec, wszystkie podpisać krwią i już mogłyśmy kontynuować wyprawę. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się w Złotych Tarasach po coś na obiad. Swoją drogą mam takie spostrzeżenie, że Emilka jest po prostu w środku żołądkiem. Nie wiem czy to biologicznie możliwe (apropo biologii, sprawdziłam Wombat to faktycznie torbacz) ale u niej to po prostu wszystko wpada do ciałka i znika. Ona nie ma innych organów wewnętrznych. Moja dumna teza / teoria (nigdy nie wiem czym się to różni) opiera się o tym, że zjadła sama pizzę XXL i docisnęła lodami. Na puentę „wiesz ciocia w przedszkolu mieliśmy na obiad zupę pomidorową z ryżem a nie lubię ryżu”…. Wracamy do mieszkania. Emilka patrzy na te wszystkie kartki moje i pyta co to jest. No to odpowiadam jej:

D: To moje notatki z pracy. Potrzebuje, żeby się z takim panem spotkać

E: A po co ?

D: Muszę z nim porozmawiać żeby się przekonał, że to co proponuję to dobry pomysł

E: A po co ?

D: Bo wtedy wszyscy u mnie w pracy dostaną dużo pieniędzy i się będą cieszyli

E: A ten pan jest miły ?

D: A nie wiem. Nie spotkałam go nigdy. Ale pewnie jest.

E: No to powiedz mu, że jak się zgodzi to wszyscy u Ciebie dostaną pieniądze. Jak jest miły to się zgodzi.

No i widzicie ? Emilka rozgryzła system. Swoją drogą Pro-Tip – jest taka technika negocjacji co się nazywa „Mokre gniazdo”. Słaba jest swoją drogą, ale polega na tym, że się rozpłakujesz prawie, patrzysz oczkami i mówisz, że to potrzebne i z pracy Cię wyrzucą itp. Ale ja nie o tym. Po południu poszłyśmy jeszcze na spacer z Pączkiem (jego „Mamcia” uznała, że to świetny kejs żeby sobie też chwilę wolnego zrobić). Mi to nie przeszkadza, bo zawsze to fajnie jak Emilka za psem pobiega. Może chociaż minimalną ilość kalorii przepali. Dalej już tylko kolacyjka (taaak jest), kąpiel i kolejny dzień w życiu Kobiety Sukcesu minął.

Rodzice a poczucie humoru

Przewrotnie można powiedzieć, że bycie rodzicem zmienia mentalność. Zarówno u takich przyszywanych jak i zakładam biologicznych. No bo powiedzmy sobie szczerze – znacie jakiegoś człowieka, który po tym jak został tatą / mamą nie stracił poczucia humoru? Skąd moje przypuszczenie? Przyjeżdżam raniutko z Emilką do przedszkola a w sali stoi para rozsierdzonych rodziców którzy zdążyli poskarżyć się Dyrektorce, że jakaś psychopatka straszy dzieci pawianami. Moje sprostowanie, że chodziło o goryle wcale nie znalazło poklasku. No a goryl jest taki duży i fajny a pawian ma pupe taką dziwną to chyba lepiej, że goryl nie ? Postanowiłam zostawić ten wątek na inny dzień i pojechałam do mieszkania szykować się dalej na Wiedeń.

W zakresie moich kluczowych negocjacji, przyznam Wam, że czuje się coraz lepiej. Mam całkowity battle-plan rozpisany, wszystkie scenariusze, pewność siebie, wiedzę, charyzmę i no generalnie sama jestem z siebie dumna jak mi to idzie. Gdzieś tam w sercu trochę jakoś tak dziwnie, bo wieczorem wraca Vanessa z wakacji i trzeba będzie Emilkę oddać a przyznam, że jakoś tak jak tu łaziła to cieplej w domu było.

Wieczorem pojawia się moja ulubiona botoks-sąsiadka. Wpada do mieszkania z tym swoim zrobionym uśmiechem i z radością w głosie oznajmia swój powrót. Emilka ewidentnie się cieszy, próbuje targać Archibalda żeby mamie pokazać. Mama reaguje mocno sceptycznie (1:0 dla Doroty). Strzela we mnie subtelnym fochem ale nie ciągnie wątku. Radość Emilki z powrotu mamy lekko stygnie, kiedy to kochana rodzicielka ze sceptycznym spojrzeniem godnym lisa tybetańskiego rzuca prosty komentarz:
– Emilko… Czy Tobie się nie przytyło ?
W oczach Emilki budzi się lęk. Potwierdza, że może trochę. Tutaj oczywiście dobra ciocia musi ratować swoją Sarenkę więc wskakuję saltem w konflikt i mówię: „No daj spokój Vanessa. Każdy na wakacjach jak jest to kilka kg złapie więcej. Popatrz chociażby ile Ciebie przybyło po tym Dubaju”. Kochani… Ten widok gasnących oczu, idealna opalenizna która po tym komentarzu po prostu spłynęła do stóp. (2:0 dla Doroty). Bez zbędnych komentarzy prosi Emilkę, żeby pozbierała swoje rzeczy i poszła z nią do domu. Oczywiście zapomniałam ją wcześniej spakować, więc wszystko było robione na szybko. Emilka szukała swojego zeszyciku a ja musiałam mimo wszystko wysłuchać cudownych wspomnień z piaszczystych Emiratów. Mogłabym przytoczyć, ale w momencie jak melodia zaczęła płynąć z ust Vanessy, to mój mózg udał się na wędrówkę i nie bardzo brał udział w rozmowie. A ponieważ mam mózg malutki (ale całkiem pofałdowany) to przez długi czas nie potrafił wrócić na swoje miejsce. Na szczęście się aktywował w momencie, gdy Emilka zawołała: „Ciocia !!!! a mogę zobaczyć w twojej szafce nocnej czy jest tam mój zeszyt?!” Nigdy nie sądziłam, że wśród wszystkich moich talentów jest też teleportacja, która pozwoliła uniknąć globalnego wstydu i zakłopotania. Long story short – zeszycik się znalazł, Vanessa przestała opowiadać, honor uratowałam więc można powiedzieć Sukces (3:0 dla Doroty). Przy wyjściu szlachetna mamusia się pyta Emilki, czy mocno się nudziła. Moja Sarenka (ciągnąć smoka po podłodze) z takim dzikim uśmiechem: „Maaaama – to były najlepsze wakacje na świecie !! Ciocia jest super ! ” (4:0 dla Doroty). Vanessa lekko przytaknęła i nawet pomogła jej smoka ciągnąć. Naturalnie na zwrot w stylu „dziękuję” to nie liczyłam i dobrze bo tylko zażyłabym niepotrzebnego rozczarowania. Wszystko zgodnie ze schematem. Chwilę po tym jak drzwi się zamknęły trochę mnie ścisnęło bo tak pustawo się zrobiło ale nie mam czasu na rozmyślania. Jako Dorota Modlińska vel Sobieska mam przed sobą wyzwanie odsieczy Wiedeńskiej.

Austria

Wreszcie nastał długo oczekiwany dzień. Mój wielki wyjazd, wyprawa czy nawet powiedziałabym misja. Rano spotkaliśmy się w Gabinecie Szefa. Z jakiegoś powodu był tam też niesławny Mariusz Wysocki – jak znam życie po prostu zabłądził na korytarzu i tak jakoś po prostu trafił. A że Szef jest kulturalną osobą to go nie wyprosił. Niezmiennie siadamy na kanapie, coffe is obowiązkowa. Szef roztacza znowu cudowną wizję przyszłości co przyznam całkiem mi na fantazje podziałało. Patrzę na oczy Mariusza, widzę tą pustą głębię i rozpaczliwe poszukiwanie kogoś, kto wyjaśni mu co się dzieje. Otóż to mój drogi, że Pani Dorota Modlińska, Kobieta Sukcesu jak wróci z Wiednia to będzie twoją nową CEO. O 12 podjechał służbowy samochód (z szoferem bo jak inaczej) i zabiera mnie na lotnisko. Na Okęciu odprawa VIP, bagażowa, boardingi itp. Generalnie wszystko to co w przypadku lotu na trasie Warszawa – Wiedeń zajmuje w sumie więcej niż sam lot. Jako dobrą monetę uznałam, że na lotnisku docelowym nie zgubili mojej walizki co z jakiegoś powodu jest regułą w przypadku moich podróży. Zamówiona taksówka wiezie mnie do hotelu. Przyznam, że robi wrażenie. Tak widać z dużą tradycją. Idę marmurowym korytarzem z tym klasycznym stukiem obcasów. Okulary słoneczne (obowiązkowe) doskonale maskują strach w moich oczach przed poślizgnięciem się. W recepcji przedstawiam swój voucher i po chwili otrzymuje kartę do pokoju. Personel zanosi moją walizkę. Wchodzę oglądam pokój. Jako rasowa kobieta biznesu w podróży spoglądam z wyrzutem na mały telewizor, niegustowne zasłony, nieproporcjonalne łóżko. Dodatkowy pokoik obok sypialni ma za zadanie służyć jako salon albo coś w tym rodzaju. Tam już jest duży telewizor a do tego wielki balkon z widokiem na panoramę okolicy. To już ładnie. Najważniejszy wynalazek nowoczesnego świata – czyli WC jest tez na miejscu więc niosąc dziękczynienie do każdego bóstwa świata korzystam. Dzwoni do mnie moja asystentka, że przyjechał już mój przeciwnik – pan Krabicki. Podobno siedzi w lobby i jeszcze na pokój czeka. Zresztą pierwszy dzień to zawsze polega na zjeżdżaniu się grup interesów i „wąchaniu przeciwnika”, prawdziwa olimpiada jest od drugiego dnia. Wtedy po całym dniu rozmów jest najczęściej wielka impreza (których nie znoszę) i trzeciego dnia wszystko poustawiane. Pomyślałam, że skoro biedactwo siedzi sobie takie bezdomne, to pójdę się przywitać. Jeżeli się przestraszy to nawet do swojej norki nie ucieknie więc odrobinkę wątku stresu tutaj może zdziałać cuda. Szybkie poprawienie wszystkiego przed lustrem i schodzę do lobby. Skanowanie obszaru – widzę jedną sierotkę jakąś co siedzi pojedyńczo. Wszyscy inni w grupach zorganizowanych. Tylko tak nie wygląda jak się spodziewałam. Po pierwsze tak na pierwszy rzut oka to w moim wieku, po drugie przyznaję, że całkiem przystojny ale nie w taki filmowy sposób. Bardziej jak Malamut albo Husky. W sensie wygląda całkiem tak sympatycznie. Ciemne włosy i jakieś dziwne zagubienie w oczach. Podchodzę więc z pełym impetem, zatrzymuje się i patrząc „z góry” (nie wie z kim tańczy od początku) wyciągam wyprostowaną rękę – „Dzień dobry ! Dorota Modlińska. Czy Pan Krabicki?” Chyba za dobrze mi wyszło bo podskoczył taki przestraszony lekko, zerwał się z kanapy i po chwili zmieszania podał rękę i przywitał się również. Tak więc, moi drodzy, właśnie poznałam mojego przeciwnika. Ubrany tak normalnie – bez mokasynów, koszuli rozpiętej do paska, żelu na włosach. Zwykły garnitur, zupełnie bez finezji. Powiem tak – w rozumieniu biznesowym najmniej wyróżniający się człowiek jakiego widziałam. Znacie zapewne teorię, że w biznesie / marketingu wyróżnij się lub zgiń prawda ? Więc macie obraz jakie wrażenie zrobił. Zapraszam ręką, żebyśmy usiedli na momencik i wprowadzam klasyczny small-talk.

DM: Pierwszy raz we Wiedniu?

KM: Tak pierwszy. A w takim hotelu to już całkowicie.

Zastanawia mnie to określenie „W takim Hotelu”. Znaczy co w nim jest nie tak? Postanawiam rozwiać tą wątpliwość i zadaje pytanie. Odpowiedź jest dziwnie szczera. Pan Krabicki po prostu jak gdzieś jedzie to bardziej w agroturystykę i b&b małe celuje a nie w hotele takie duże. Jak określa, czuje się źle w takich wielkich obiektach. Opowiadam mu wiec o wszystkich wielkich hotelach w jakich byłam (zaznaczę, że na wszystkich kontynentach). Słucha mam wrażenie ze zrozumieniem a może nawet zaciekawieniem. Nawet co jakiś czas dopytuje mnie o szczegóły poszczególnych miejsc. Przyznam, że robi miłe wrażenie. Jestem jednak za star… zbyt doświadczona żeby się nabrać. Przechodzę więc płynnie jak Karol Strasburger z wątku kurtuazji do meritum i pytam go, czy zanim zaczniemy takie oficjalne rozmowy czy ma jakieś uwagi z którymi musiałabym się zapoznać przed jutrem (to naturalnie w temacie fuzji.) Pan Krabicki tak lekko się wzdrygnął i mówi (co mnie zdziwiło) „W sumie to mam 4 uwagi tylko. Generalnie to tak nie wiem po co mnie tu wysłali bo równie dobrze mogłem to Pani mailem wysłać ale skoro się upierali to przyjechałem”. Wmurowało mnie w fotel. Myślę sobie „Człowieku nie mów mi takich rzeczy. Powinieneś przedstawić ogrom i skomplikowany kontekst wydarzenia a nie się obnażać, że w sumie to nie wiesz po co przyjechałeś”. Patrzę na niego uważnie i mówię, że ok, że w takim razie to możemy to wszystko jutro omówić. Ponieważ jego pokój jeszcze nie był gotowy, mój adwersarz tak się rozejrzał i pyta, czy coś jadłam tu już. Mówię, że w sumie nie i zapytał czy jeżeli nie mam nic do zrobienia to czy pójdę z nim czegoś obiadowego poszukać. Muszę przyznać, że na prawdę robi miłe wrażenie, bo nie dość, że zaproponował coś do jedzenia (a to jest element o którym z reguły nie pamiętam w przeciągu dnia żeby potem wieczorem odchorować) to jeszcze zapytał się na co mam ochotę i gdzie bym chciała pójść (w sensie hotel vs coś poza hotelem). Ponieważ na dworze zrobiło się intensywnie chłodno wybrałam hotelowy lokal. Ładny taki, ceny też takie powiedziałabym „Wiedeńskie”. Patrzymy w kartę mądrze, przynajmniej ja bo po niemiecku / austriacku potrafię powiedzieć tylko „Bundesliga, VolksWagen i Bayern Monachium (z tym że Monachium chyba się inaczej wymawia). Patrzę subtelnie w stronę towarzysza który ogląda kartę bez specjalnej emocji. Pyta się mnie czy coś wybrałam więc gram na czas i mówię, że się waham. Odbijam pytanie. On tak wzrusza ramionami i mówi „Dla mnie to nie ma różnicy bo jedyne co zrozumiałem z tej karty to napis Menu u góry”. DZIĘKUJĘ!! (pomyślałam). Czując się lekko uspokojona wyciągam ajfona i załączaczam Live tłumacza. Technologia w służbie ludzkości. Pyta się mnie czy jest tam coś mocno mięsnego. Spoglądam z „podełba” – mięsożerny samiec nie dbający o cholesterol. Lubię go bo czuje się rozgrzeszona tym, że planuje wziąć sznycel wiedeński z podwójną porcją frytek. W tym zakresie dochodzimy do szybkiego porozumienia i już po chwili przemiła kelnerka z lekko niepokojąco nakazowym akcentem przyjęła nasze zamówienie. Ponieważ za chwilkę będziemy wspólnie konsumować kawał martwego świniaka to pomyślałam, że żeby skrócić dystans zaproponuję przejście na przysłowiowe „Ty”. Mam wrażenie, że się ucieszył bo chyba taka mocna formalność to nie jest mocna strona. Tylko tutaj wpadam we własną pułapkę bo jak pisałam wcześniej, Krzysztof to dalej bardzo formalnie, Krzysiek brzmi jak toczące się kostki, Krzysiu … no sami to czujecie. Zostaje więc Krzyś. No jak ja do takiego osobnika mam mówić Krzyś? No w sumie to najlepiej się zapytać. Przedstawiam wiec moją interpretację jego imienia i pytam jak się do tego odnosi. Patrzy na mnie z jedną brwią lekko uniesioną. „Przepraszam, ale dlaczego Krzysiek brzmi jak toczące się kostki?” Moja elokwentna i błyskotliwa próba wytłumaczenia nie trafia widać w obszar wyobraźni ale to już nie mój problem. Ostatecznie dla uproszczenia zostaje „Krzyś”. W dalszym ciągu debilnie, ale jeżeli po powrocie z Austrii kontynuowalibyśmy naszą znajomość to po prostu poproszę o zmianę imienia i to rozwiąże sprawę. Kwestię tego jak się zwracać do mnie to nawet nie poruszaliśmy. Moje imię jest znakiem firmowym i marką samą w sobie. W oczekiwaniu na obiad wypełniam czas pełnymi pasji historiami z życia zawodowego. Zauważam, że albo znakomicie udaje albo na prawdę słucha. Co jakiś czas nawet się uśmiecha (i to w realnej reakcji na śmieszniejszy fragment) więc jest możliwość, że na prawdę słuchał. Moment został jednak przerwany przez pojawienie się talerzy. Powiem Wam jedno – pomijam kawał mięcha, ale frytki były zrobione w taki sposób, że nawet AI by tego nie wygenerował. Już sama tekstura, zapach, rozlokowanie na talerzu to było coś co nawet na mnie wrażenie zrobiło. „Krzyś” natomiast nie zwrócił na nie uwagi. Siedział tak spokojnie z błogim uśmiechem. Nawet nie wiecie jak ja bym chciała, żeby ktokolwiek kiedyś popatrzył na mnie z taką miłością w oczach, jak On patrzył na swojego sznycla. Na mnie wrażenia takiego nie zrobił ten kawałek świńskiej pupy. „No dobra Laska, szybki test jego zdolności negocjacyjnych” – Rzucam mu pytanie – „Te frytki tak mnie wołają, że aż …” on mi nagle przerywa „A chcesz moich trochę? Mnie bardziej to mięso urzekło wiec potencjalnie jak będę miał miejsce to drugie zamówię i nie chce sobie przestrzeni w żołądku zabierać”. No i znowu szok. Odda swoje frytki. Tak po prostu. Co z niego za negocjator jak oddaje „asset” tak po prostu. Mógł ugrać, że oddałabym mu kawał swojej świni a tu nic. Ehh myślę rzucę mu podpowiedź – „A nie chcesz negocjować wymiany za mojego sznycla?” Patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i nie spuszczając wzroku powoli podsuwa mi swój talerz „eee nieee…. proszę weź ile chcesz” – tak niepewnie wystękał. Powiem Wam, straszne kogo to obecnie zatrudniają. Jak można nie skorzystać z okazji do porządnej negocjacji. Tym oto sposobem odnoszę pierwszy sukces w sparingu. Otrzymuję dodatkową porcję frytek, bez rezygnowania ze swojego mięsa. Klasyczne 1:0 dla Doroty.

Po obiedzie Krzyś poszedł rozlokować się w pokoju, który wreszcie udało mu się otrzymać. Ja poszłam się przygotować na tzw. Networking czyli budowanie relacji z innymi negocjatorami, biznesmenami itp którzy przyjechali do hotelu rozmawiać o fuzji w swoich zakresach. W pokoju rytuał perfumowania, makijażowania, dobierania odpowiednich butów, spódnic, bluzek. Nigdy nie wiem jakim cudem jak pakuję się w domu potrafię pomieścić taką ilość ciuchów i innych artykułów w jednej walizce, natomiast w czasie powrotu już nawet połowy z tego nie potrafię upchnąć. Zupełnie, jak by przez kilka dni pobytu gdziekolwiek walizka się kurczyła a objętość bagażu zwiększała. Idę do lobby hotelowego, gdzie zagęszczenie ludzi jest już na prawdę widoczne. Przy wejściu spotykam mojego negocjacyjnego .. no nawet nie przeciwnika. Po prostu nowego kolegę. Wygląda jakoś tak dziwnie na tle reszty. Ubrany w zwykłe jeansy (dżinsy – nie wiem jak to się powinno pisać), bluzę i kurtkę. Mało tak networkingowo. Pytam się więc jakie ma plany. Kolejna dziwna odpowiedź – „Mam tu samochód wynajęty i pomyślałem, że pojadę plenery wokół miasta zobaczyć. Fajnie tak inne kraje pozwiedzać a tu jest za dużo ludzi już.” Stoję jak wryta. Chłopak sam z siebie rezygnuje z możliwości rozmowy o fakturach, kontraktach, negocjacjach, leadach, wolumenach sprzedaży, popycie, podaży. Ponarzekania na podatki i wysłuchania ciekawych teorii na temat nowej funkcji zarządów w zmieniającym się świecie. „Mogę jechać z Tobą?” – wyszło ze mnie zupełnie niespodziewanie. Myślę, że to był z mojej strony największy przebłysk ideału strategii marketingowej jaki istniał. Instynkt rekina, tygrysa i kilku innych drapieżników razem wziętych. Zamiast słuchać od różnych płotek ich słabostek, przygotuję sobie grunt na porozumienie na jutro. Po to przyjechałam – żeby ustalić z Krzysiem co trzeba, dostać aprobatę i potem otworzyć sobie drogę do CEO. „Dorota – jesteś geniuszem”.

Zgodnie z moją przebiegłą taktyką, już chwilę później jechaliśmy gdzieś opłotkami opłotkowa. Moje dobre serce podpowiedziało mi, że w kontakcie z wielkim, Warszawskim światem biznesu reprezentowanym przez moją wcale nie skromną osobę, mój współtowarzysz podróży czuje się totalnie zakompleksiony i zacofany. Wychodząc na przeciw jego stanowi emocjonalnemu opowiadam twórczo o portfolio naszej firmy, mojej karierze zawodowej, sukcesach itp. Krzyś nie odzywa się ani razu więc zakładam, że jest pod kompletnym wrażeniem i po prostu zaniemówił.
Kiedy moja emocjonująca historia zaczęła wchodzić w kulminacyjny punkt, usłyszałam coś co mnie bardzo zaskoczyło. Krzyś rzuca do mnie:

K: Przepraszam, że Ci przerywam, ale zatrzymamy się na chwilę.

Pomijam, że nieładnie mi przerywać jak jestem w szczycie euforii opowiadania, to jeszcze przypomniały mi się wszystkie filmy o psycho-mordercach którzy niby mili (tacy uprzejmi, na korytarzu „dzień dobry” mówili i do tego zakupy pomagali nosić) to potem okazywali się, że mają posiekane ludzie zwłoki w piwnicy. Jak zwykle lekko po czasie, ale dotarło do mnie, że w sumie nie znam go na tyle żeby czuć się komfortowo. Zatrzymujemy się na poboczu. Krzyś odpina pasy i wychodzi z samochodu. Otwiera bagażnik coś grzebie tam. „Piłe pewnie szykuje” – Podpowiedział mi mózg. Mam szpilki więc raczej w sprincie szans nie mam. Instynktu zabójcy w formule MMA też raczej nigdy nie uruchomiłam więc cóż… Losie – dziej się. Krzyś podchodzi od mojej strony i otwiera moje drzwi. Mówi do mnie cały jakiś ucieszony:

K: Chodź ze mną szybciutko…

No pójdę. W sumie to nic już nie zmienia. Fakt, że trzyma takie zawiniątko tylko zamiast piły, ale pewnie to jakaś trutka albo coś takiego. Idziemy kawałek i nie uwierzycie – podchodzimy do ogrodzenia takiego. Za nim potwornie przestronna łąka (pastwisko) na którym niezliczona ilość krów. Moje ukierunkowanie na przeżycie sprawiło, że nawet ich nie zauważyłam wcześniej. Kiedy się zatrzymaliśmy przy ogrodzeniu, dwie z tych mleko-dajnych istot podeszło do nas. Krzyś otwiera te zawiniątko a tam taka góra pierników jakiś dziwnych. Bierze jeden i wystawia jej na ręce. Krówka śliniąc się przy tym tak, że nawet Pączek by się powstydził capnęła smakołyczek i patrzy z zaniecierpliwieniem co dalej. Od razu uwaga – dla wszystkich którzy znają się na krowach, dajcie prosze znać na dorota@dorota-kobietasukcesu.pl czy ciastka (zbożowe, bez cukru) są jakoś szkodliwe dla krów. Potem mnie to zastanowiało a to skolei z powodu faktu, że Krzyś wyciaga ciastko i kładzie mi na ręce. Mówi do mnie:

K: Weź spróbuj jej dać. Fajne.

D: No Ty żartujesz chyba ? – odpowiadam uniesiona

K: Nie bój się. Ona się ucieszy a mam chusteczki i wodę to potem łapę przepłuczesz.

Patrzę na to wstrętne bydle, potem na krowę. Jak to tak mnie, Kobietę Sukcesu sprowadzać do roli karmiciela krów. Taka bajka chyba nawet była o dziewczynce co gęsi pasła i powiem Wam, mało się z nią identyfikowałam. Krzyś ciągle z uśmiechem uznaje, że po prostu nie mam ochoty więc sam wyciąga drugie ciastko i podaje drugiej krowie (jej łaty na ciele przypominały mapę topograficzną pomorza). Kiedy ta capnęła smakołyk, on tak ładnie pogłaskał ją po „czułku”.

K: Wiedziałaś, że krowy na pastwiskach mają ulubione koleżanki ? – zapytał.

D: Jakoś nie …….

K: No tak czytałem – wspomniał chyba lekko zakłopotany, dając następne ciastko.

Tak przyznam, że uroczo to wyglądało, jak te krowy się cisnęły o to, która teraz ma po ciastko się ustawić. W tym momencie pojawiła mi się myśl. „Dorota – Twoje życie polega na tym, że ludzie Ci z ręki jedzą. Rozszerz portfolio o krowy.” Przyznajcie, że motywacja dobra. Biorę niepewnie jednego piernika z paczuszki i wystawiam za ogrodzenie. „Łaciatka” zwraca się w moją stronę i całkowicie szorstkim jęzorem zbieram mi to z dłoni. Uczciwie Wam powiem – fajne. Jakieś takie pozytywne odczucie, jak się miało wrażenie, że ta krowa się cieszy. Kiedy opróżniliśmy paczuszkę, Krzyś wyciągnął podszedł do samochodu i plecaka wyjął wodę mineralną i chusteczki.

K: Przemyj łapy zanim się nie umyjesz w hotelu.

Zrobiłam jak powiedział i poszłam sobie popatrzeć jeszcze na pastwisko. Ponieważ zrobiło się już na prawdę „nocnie” to i zimno weszło na grubo. Widząc, że coraz bardziej dygotam, Krzyś podszedł do mnie i podał mi bluzę taką szeroką z kapturem którą też wyjął z plecaka. Spojrzałam na niego zaskoczona, ale bez dłuższego zastanowienia z radością przejęłam ciucha.

D: Dziękuję – odpowiedziałam – Trochę już czułam aurę. Swoją drogą, to imponujące jaki przewidujący jesteś. Miałeś paczkę pierników na wypadek spotkania krów, bluzę w przypadku gdy topowa bizneswoman będzie potrzebowała ogrzania, wodę i chusteczki żeby się przemyć o oporządzaniu bydła – Pomyślałam, że jakimś komplementem rzucę

K: Dokładnie tak to się odbyło. – odpowiada Krzyś patrząc mi dziwnie w oczy – Przecież nie zabrałem bluzy, wody i ciastek z myślą o tym, że pojadę sam i będę chciał sobie po okolicy pospacerować.

Jego ton był dziwnie serdeczno-sarkastyczny ale nie poczułam ironii w głosie więc uznaję, że się ze mną zgadza. Wsiadamy do samochodu i kiwając krowom jedziemy z powrotem w stronę hotelu. W lobby pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Jakkolwiek cały Networking trwał w najlepsze, nie miałam ochoty iść już integrować się z ludźmi. Cóż – muszą pogodzić się z taką stratą. Poszłam do pokoju, wykąpałam się i ubrałam w moją ocieplaną, flanelową piżamkę. Jakoś tak, przyznam, czułam się dziwnie. Z minibaru pokojowego wzięłam butelkę wina (firma płaci) i wyszłam na chwilę na balkon.

Czułam się jakoś dziwnie. Może to powietrze takie inne, może niestrawność po ilości frytek które wsunęłam. Opcję, że jad krowy mnie czymś zaraził odrzuciłam na podstawie informacji z internetu, że krowy nie są jadowite (Sprawdziłam. Swoją drogą, po zadaniu tego pytania dostałam komunikat z Google że powinnam nigdy więcej nie korzystać z internetu i zastanowić się nad sobą, ale nie wiem o co w tym chodziło). Jutro mój wielki dzień – pewnie euforia. Bazując na tym, że muszę być wyspana poszłam umyć zęby i oddać się objęciom pościeli.

Następnego ranka budzik zadzwonił jak być powinien. Tradycyjnie, dres, bieganie, prysznic. Cały rytuał makijażowania. W tle z głośniczka muzyka motywująca. Schodzę pewnym krokiem na śniadanie. W restauracji właściwie pusto – wszyscy networking odsypiają.

Drugi dzień. Ten właściwy. Ubieram się w mój battle-strój — marynarka, spódnica ołówkowa (bo bardziej sexy, ale też bo w niej łatwiej usiąść z gracją i jednocześnie sprawiać wrażenie, że zaraz kogoś zwolnisz). Krzyś czeka już w sali konferencyjnej. Bez laptopa armii asystentów, bez teczki ze skórzanym logo. Ma tylko jeden notes, taki zwykły, w kratkę. (Nawet się zawstydziłam przez sekundę mojego tabletu w etui z aligatora, ale to szybko minęło).

Siadamy. On się uśmiecha tym swoim niepewnym, szczenięcym uśmiechem i pyta, czy dobrze spałam. Odpowiadam, że oczywiście, bo Kobieta Sukcesu śpi zawsze dobrze (kłamstwo, bo pół nocy przeliczałam w głowie czy krowy naprawdę mają ulubione koleżanki, ale o tym oczywiście nie powiem). Zaczynamy.

Pierwsza godzina to była dla mnie taka trochę rozgrzewka jak na siłowni z lekkimi ciężarkami. Krzyś pyta, dopytuje, notuje w tym swoim notesiku. Robi wrażenie, jakby naprawdę chciał zrozumieć, a nie tylko przeczekać do przerwy na kawę. Pro-tip — jeżeli przeciwnik dopytuje zamiast atakować, to znaczy, że albo jest słaby, albo się na coś szykuje. W tamtym momencie postawiłam wszystko na „słaby”. Idzie mi jak z płatka. Warunki płatności — moje. Harmonogram wdrożenia — mój. W pewnym momencie Krzyś nawet się zgadza na mój zapis o karach umownych bez większej dyskusji, tylko mrugając porozumiewawczo, jakby mówił „no dobra, niech ci będzie”. Kwituję to swoim ulubionym, chłodnym „OK — z tym da się żyć”, które w moim światku oznacza absolutne zwycięstwo (u mnie w firmie mówią, że jak Dorota powie „da się żyć” to ktoś w tym momencie traci premię, dom albo żonę).

Robimy przerwę. Asystentka przynosi mi espresso, Krzyś sam sobie nalewa jakąś zwykłą kawę z dzbanka jak człowiek pierwotny. Wracam do stołu już w głowie pisząc maila do Szefa z tematem „Misja zakończona sukcesem – proszę o premie dla wszystkich (łącznie ze mną, zwłaszcza ze mną)”. I wtedy Krzyś, tak jakby przy okazji, odkłada długopis

K: Dorota, mam jedno pytanie, zanim przejdziemy dalej. Czysto formalne.

D: Śmiało. — odpowiadam z tym moim uśmiechem numer 3 (ten od „już wygrałam, ale pozwolę ci się wypowiedzieć”).

K: Wasza spółka wystawia gwarancje i poświadczenia zgodności zgodnie z regulacjami unijnymi, tak?

D: Oczywiście. Certyfikaty, ISO, cała otoczka. — (w tym momencie jeszcze nie wiedziałam, że to jest ten moment, o którym się kiedyś pisze pamiętniki albo idzie do terapeuty).

K: Super, bo problem jest taki, że moi mocodawcy mają siedzibę w Londynie. Poza Unią. A wasze certyfikaty, wpisane w cały harmonogram płatności, no właśnie… tam nie działają. Osobna ścieżka uznawania, tłumaczenia przysięgłe, z dwa miesiące na notyfikację. Sprawdzałaś to z prawnikami?

Cisza. Taka konkretna, gęsta cisza, jaką się słyszy tylko w filmach tuż przed tym, jak bohater się dowiaduje, że jednak nie żyje. Mój mózg, wytrenowany trzynastoma latami reagowania chłodnym uśmiechem na absolutnie wszystko, robi coś, czego nie robił od matury z matematyki, gdzie ktoś mnie zapytał o całki. Się zawiesza. Nie technicznie, bo mózg nie ma przycisku restart jak Ajfon, ale w praktyce to samo

— A ten harmonogram płatności – ciągnie dalej, przekładając kartkę, jakby to była zwykła rozmowa o pogodzie a nie moja publiczna egzekucja – liczyłaś go w dniach roboczych brytyjskich czy polskich? Bo różnica świąt bankowych robi nam tu prawie dwa tygodnie poślizgu

— I jeszcze te kary umowne, na które się zgodziłaś – dorzuca, teraz już z tym swoim zmartwionym, szczenięcym spojrzeniem, jakby mu było naprawdę przykro, że musi to robić, co jest gorsze niż gdyby się cieszył – liczone w złotówkach. Umowa macierzysta moich mocodawców jest w funtach. Ktoś to przeliczał po dzisiejszym kursie?

Nie przeliczał. Nikt nie przeliczał. Ja nie przeliczałam, bo w moim świecie funt to była taka miara wagi z filmów o boksie, nie waluta z którą mam cokolwiek robić. Czuję, jak coś w okolicy mostka robi się ciężkie, w sposób którego nie da się przypisać ani kawie, ani frytkom, ani żadnemu z moich sprawdzonych wytłumaczeń na wszystko.

Patrzę na Krzysia. On patrzy na mnie z tą swoją miną Malamuta, który przypadkiem zjadł ci kanapkę i teraz się zastanawia, czy ma się z tego cieszyć czy wstydzić. Najgorszy typ przeciwnika. Takiego się nie da znienawidzić, bo nie daje ku temu żadnego pretekstu, a ja niestety całe metody negocjacyjne budowałam na nienawiści plus dobrym contour.

Teraz przychodzi ten moment, który w podręcznikach do negocjacji nazywa się pewnie „strategiczne wycofanie”, a w moim prywatnym słowniku – „ratowanie się z płonącego budynku bez brudzenia sukienki”. Zbieram papiery w stosik tak równy, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, w jakiej kolejności leżą kartki, na których właśnie się okazało, że moja firma nie sprawdziła podstawowej rzeczy z zakresu prawa unijnego. Odchrzakuję. Odchrzaknięcie to uniwersalny sygnał kobiety sukcesu, że zaraz powie coś mądrego, nawet jeśli w środku robi bilans strat porównywalny z rozbiciem się Titanica, tylko że bez orkiestry.

D: Krzysiu – (zauważcie, przeszłam na zdrobnienie, bo w kryzysie liniowym szuka się bliskości, tak przynajmniej czytałam kiedyś w artykule „10 trików FBI w negocjacjach zakładniczych”, którego notabene teraz żałuję, że nie doczytałam do końca) – to są bardzo ciekawe punkty. Muszę to skonsultować z zespołem prawnym po powrocie, bo chcę, żebyśmy mieli sto procent pewności zanim cokolwiek podpiszemy. Wiesz, due diligence, rzetelność, standardy.

Powiedziałam to tonem, jakby to był mój pomysł od samego początku, jakby całe to spotkanie było tylko rekonesansem, misją rozpoznawczą, a nie tym, czym faktycznie było, czyli publiczną demonstracją tego, że moja firma prawna czyta ustawy mniej więcej tak dokładnie jak ja etykietki kalorii na winie.

K: Jasne, no problem – mówi, kiwając głową z tym swoim spokojem, który teraz już zaczynał mnie lekko drażnić, bo człowiek powinien mieć przyzwoitość przynajmniej odrobinę się z tego cieszyć, a nie patrzeć jakby właśnie omawiał ze mną pogodę na jutro.

Wstaję, prostuję marynarkę (ruch wyuczony na tyle lat temu, że robię go teraz nawet jak nie ma powodu, taki tik nerwowy klasy premium), i podaję rękę na pożegnanie, mocno, zdecydowanie, jak przystało na kogoś kto właśnie nie przegrał.

D: To się odezwę, jak wrócę do Warszawy. Damy znać w tym tygodniu.

(W mojej głowie to zdanie brzmiało majestatycznie, jak zapowiedź kontrofensywy. W rzeczywistości pewnie zabrzmiało jak „zadzwonię do ciebie” które się mówi na disco po tym jak ktoś zapyta o numer, wiedząc, że się nigdy nie zadzwoni).

K: Super, no to czekam. – uśmiecha się tym swoim uśmiechem numer jeden z jego repertuaru (mam wrażenie, że on ma tylko jeden uśmiech, w przeciwieństwie do mnie, która mam ich sześć, ponumerowanych, na różne okazje).

Wychodzę z sali krokiem, który w mojej głowie brzmiał jak marsz triumfalny, a w rzeczywistości pewnie brzmiał jak ktoś kto bardzo chce dojść do windy zanim się rozpłacze albo zacznie krzyczeć, jeszcze nie zdecydowałam które. Winda. Drzwi się zamykają. I dopiero tam, w tej metalowej puszce, gdzie nikt mnie nie widzi poza moim własnym odbiciem w lustrzanych panelach (które btw. w tym hotelu są tak wypolerowane, że człowiek widzi każdą zmarszczkę zmartwienia, dziękuję bardzo za tę technologię), pozwalam sobie na jedną, jedyną, cichą myśl:

Dorota. Kochana. Przegrałaś.

Ale to tylko winda to słyszała, a windy nie zeznają. Poprawiam włosy, zakładam okulary przeciwsłoneczne (wewnątrz budynku, bo jak już wiecie – trzeba), i wychodzę do lobby z twarzą osoby, która właśnie zamknęła najlepszy kontrakt swojego życia, a nie osoby, która nie wie co to funt szterling.

Wieczór, Networking, czyli korpo-bal maskowy bez masek

Teoretycznie powinnam teraz stać w sali balowej z kieliszkiem prosecco i opowiadać wszystkim, jaka to ja jestem świetna, bo taki jest podstawowy obowiązek Dyrektora Departamentu Kontraktów na Networkingu – reprezentować, olśniewać, siać postrach. W praktyce stoję pod drzwiami swojego pokoju i poważnie rozważam, czy da się zejść na dół w charakterze ducha, bo duchy nikt nie zaczepia rozmową o kwartalnych targetach.Nie mam siły. To jest u mnie zjawisko na tyle rzadkie, że powinnam chyba zgłosić to do Guinnessa. Zwykle moja siła jest niewyczerpana jak minibar w tym hotelu (którego zawartość już zresztą testowałam), ale dzisiaj czuję się, jakby ktoś wyjął mi baterię i zostawił kartkę „przepraszamy za niedogodności”. Idę więc korytarzem w nadziei, że natknę się na automat ze słodyczami, bo to jest mój sprawdzony plan B na kryzysy emocjonalne (plan A to wino, ale wino jest na deser po planie B, taka jest kolejność w moim protokole kryzysowym).Na korytarzu stoi Krzyś. Patrzy przez okno, w ręku trzyma herbatę – herbatę! Na Networkingu! Ten człowiek serio nie ma żadnego instynktu samozachowawczego w środowisku korporacyjnym, bo tam się pije czego się nie lubi, żeby udawać, że się coś świętuje.

K: Nie schodzisz na dół?

Miałam odpowiedzieć czymś eleganckim typu „za chwilę, tylko poprawiam makijaż bitewny”. Zamiast tego z mojej gardła wychodzi coś zupełnie innego, jakby ktoś przejął nade mną kontrolę zdalną.

D: Krzyś, nie mam dziś siły. Wiesz, że przegrałam.

(Gdzieś w tle słyszę, jak moja podświadomość krzyczy „PRZERWAĆ TRANSMISJĘ, TO NIE JEST ZAPLANOWANE OŚWIADCZENIE”, ale już za późno, słowa poszły w eter i nie mam do nich prawa autorskich). Krzyś nie robi z tego przedstawienia, co jest wkurzające, bo ja bym na jego miejscu chyba zamówiła konfetti.

K: Wcale nie przegrałaś. Po prostu nikt wcześniej nie sprawdził tych certyfikatów. Zdarza się.

D: Mi się nie zdarza – odpowiadam odruchowo, tonem którym normalnie ogłaszam wyniki kwartalne, co w tej sytuacji brzmi mniej więcej tak przekonująco jak deklaracja, że jem tylko warzywa, podczas gdy trzymam w ręku risotto z Żabki.

Stoimy chwilę. On popija herbatę. Ja próbuję ustalić, czy to zmęczenie jest po nieprzespanej nocy, czy po tym, że ktoś mnie w końcu widzi bez całej otoczki, co jest mniej więcej tak komfortowe jak wyjście na ulicę bez podkładu.

D: Wiesz co jest zabawne? Że nawet nie umiem się na ciebie złościć. A powinnam, mam cały arsenał riposty przygotowany od trzynastu lat. A czuję tylko, że jestem strasznie głodna.

Wracam do pokoju. Mam to uczucie jak polscy piłkarze po literalnie każdym turnieju, gdzie napompowany do granic przesady balonik nagle pęka i zostaje jedynie „Nic się nie stało !”. No dobra to może nie jest idealny przykład – u mnie jest przynajmniej jakaś refleksja. Siadam na łóżku i patrzę tępo w drzwi balkonowe. Z reguły w takich sytuacjach, jeżeli byłby to film albo książka, to dzieje się coś co odwraca sytuację o 180 stopni i robi się fajnie. Czekam więc na rękę losu czy inną formę boskiej interwencji która rozświetli mrok mojej duszy. I jak się pewnie spodziewacie, dzieje się coś kompletnie odwrotnego. Słyszę mój ajfon jak bzuczy na poduszce obok. Patrzę a nadzieją (w sumie to nie wiem na co liczyłam) i widzę połączenie od Eweliny Trześnickiej. Jak chcecie to możecie przescrolować resztę tekstu ale żeby zaoszczędzić Wam czasu to wspomnę, że jeszcze o niej nie było na ten moment. Tak więc nakreślając sylwetkę Eweliny to powiem tak – jeżeli jest jakiekolwiek formalne uzasadnienie dla istnienia Piekła to poza Hitlerem jest to właśnie pani Trześnicka. Moja największa konkurentka z największej konkurencyjnej firmy. O ile sam Mariusz to wróg potworny ale z jednego piętra, tak Ewelina jest żmiją jadowitą wyposażoną dodatkowo w podły zmysł wyczuwania okazji do wbicia kłów w potylicę przeciwnika. Dobra teraz to czytam co napisałam wszystko i robi się dziwnie mrocznie ale w sumie to chciałam oddać co mi w sercu gra, więc pójdę dalej w tą narrację jeszcze przez chwilę. Czego to może chcieć ta serdeczna glista. Odbieram.

E: No hej Dorota. Masz chwilę?

D: Zawsze mam chwilę dla Ciebie, Ewelina – odpowiadam, mimo że w tym konkretnym momencie planowałam raczej wtulić się w poduszkę i przeżywać egzystencjalny kryzys w spokoju, bez świadków.

E: Jak tam Wiedeń? Podobno jesteś na jakimś ważnym kontrakcie.

Coś w tym pytaniu jest nie tak. Ewelina nigdy nie pyta z ciekawości. Ona pyta tak, jak lekarz pyta „a od kiedy ten ból”, czyli już znając odpowiedź, tylko chcąc zobaczyć, czy będziesz kłamać.

D: Standardowo. Rutyna. – odpowiadam, starając się, żeby zabrzmiało to jak coś zupełnie oczywistego, a nie jak desperackie zamiatanie pod dywan całego popołudnia.

E: Bo wiesz, tak przypadkiem, rozmawiałam z kimś z branży i podobno macie tam jakieś komplikacje. Coś związane z tym negocjatorem od Brytyjczyków.

Serce mi na chwilę robi coś dziwnego, jakby chciało wyjść przez usta i uciec zanim będzie musiało dalej uczestniczyć w tej rozmowie. Skąd ona to wie? Minęły raptem dwie godziny. Informacja rozeszła się szybciej niż plotka o czyimś rozwodzie na korpo-imprezie.

D: Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Wszystko idzie zgodnie z planem.

E: No jasne, jasne – mówi tym swoim tonem, w którym słowo „jasne” oznacza dokładnie odwrotność tego, co się mówi, taki mały językowy fałsz, który u niej brzmi niemal artystycznie. – Bo wiesz, akurat mamy teraz trochę wolnych mocy przerobowych w firmie i pomyślałam sobie, tak zupełnie swobodnie, że gdybyś Ty, albo hipotetycznie Twój klient, szukali kogoś innego do rozmów, to my jesteśmy zawsze otwarci.

I to jest ten moment, w którym rozumiem, po co właściwie dzwoni. Ewelina nie dzwoni, żeby zapytać, jak mi mija dzień. Ewelina wyczuła, że się potknęłam, i teraz krąży wokół tego potknięcia z tą swoją słodką uprzejmością, która u niej zawsze poprzedza coś znacznie mniej słodkiego.

D: Doceniam troskę, ale wszystko mam pod kontrolą.

E: Oczywiście, że masz – odpowiada, a ja słyszę w tym zdaniu więcej niż w niejednej całej rozmowie. – To ja może zadzwonię w przyszłym tygodniu, tak z ciekawości, jak poszło. Miłego wieczoru, Dorotko.

Rozłącza się, zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć na to zdrobnienie, które w jej wykonaniu brzmi bardziej jak ukłucie niż jak czułość. Odkładam telefon na łóżko i patrzę w te drzwi balkonowe, które uparcie nic mi nie podpowiadają. Czuję tylko jedno – że mam teraz dokładnie tyle samo problemów co przed telefonem, plus jeden nowy, o wadze średniej wielkości żmii, który właśnie zaczął się we mnie sączyć powoli, ale skutecznie.